Allah Akbar

Maroko 2012

Wreszcie, wreszcie się udało i po półtora rocznej przerwie wyruszam z rowerkiem. Tym razem na swoje urodziny ponownie obrałem Maroko. Trasa inna niż kilka lat temu. Góry Atlas, pustynia, może morze. Się zobaczy

9 marca

Nie obeszło się bez przygód.
Ledwo co wsiedliśmy do samolotu, a tu zaczęła się wielka mgła i zaliczyliśmy przymusowy postój na Okęciu. Przerwa trwała prawie 3 godziny i o te 3 godziny przylecieliśmy do Agadiru później. Wysiedziałem się w samolocie tak, jakbym leciał do USA albo Ameryki Południowej. W końcu podobno mgła zelżała i mogliśmy wzbić się w powietrze. Lot przebiegał wzorowo, a kapitan troił się jak tylko mógł, aby nadrobić stracony czas. Opowiadał co widzimy po lewej, a potem po prawej, jaki mamy wiatr w ogon i ile będziemy mogli nadrobić dzięki temu czasu.
A wszystko to w dbałości o firmę czarterową.
No dobra, dolecieliśmy do Agadiru. Lotnisko jak większy terminal autobusowy. Bagaże wyjechały szybko i sprawnie. Roweru nie uszkodzili.
Wypełniłem wszelkie formalności i próbuję wyjść na zewnątrz. Próbuje, bo co chwilkę jakiś marokański urzędnik bądź urzędniczka coś ode mnie chcą, a w zasadzie od mojego rowerka. Okazuje się, że chcą się dopytać co to za rower i ile kosztuje.
Uff, wyszedłem. Teraz próba zmierzenia się z bagażem. Przepakowanie i jazda na autobus do Marakeszu.
Obmyśliłem plan, aby kontynuować wycieczkę po Maroku sprzed 4 lat. Więc zaczynam w Marakeszu i jadę w kierunku przełęczy Tiszka. Ja ją będę nazywał Piczka.
Zapakowałem się do autobusu i po ok. 5 godzinach jestem w Marakeszu.
Próbowałem znaleźć hostel, w którym zatrzymaliśmy się poprzednio ale się nie udało. Hotelik w którym spędzam nockę jest w miarę przyzwoity z ciepłą wodą.
Rano ruszam na Piczkę

10 marca

Z Marakeszu wyjechałem ok. 7. Nie lubię miast i ich huku i zapachu, wiec uciekłem najszybciej jak tylko mogłem.
Droga na początku była nudnawa i o lekkim tylko wznosie. Tak przejechałem jakieś 50 km. Później już tak prosto nie było. Zaczynały się bardziej strome odcinki i zakręty, no i widok zaczynał przypominać, że jestem w górach. Na wyciągniecie ręki ukazywały się zaśnieżone szczyty Atlasu. Zbliżała się godzina 18 i trzeba było znaleźć miejsce do spania. Podróż wczorajsza dala znać o sobie i zaczynałem odczuwać zmęczenie. I jak to w takich przypadkach wylazł na mnie hotelik. Zajechałem. Ile za pokój się pytam młodego Berbera. 250 dirhamów. Oniemiałem, zadupie wielkie i taka cena? Zacząłem się targować i stargowałem na 120 Dh plus, uwaga, szklanka markoli. Tego jeszcze nie grali, żeby muzełmanin prosił mnie o alkohol. Moja markola ma nie tylko aspekty zdrowotne, ale i finansowe.
Koleszka okazał się miłym gościem, znającym angielski i obeznany w tym, co dzieje się w świecie arabskiej wiosny. Opowiedział kulisy wybuchu bomby w Marakeszu sprzed chyba roku. Dziwił się, że ktoś wpadł na pomysł zabicia niewinnych ludzi i stwierdził, że pójdzie do piekła a nie do nieba za ten czyn.
Ja się moja markola nieco zmęczyłem i udałem się spać. A koleżka przyniósł mi jeszcze do łóżka omlet i chlebek mówiąc, że rano wstajesz to musisz mieć sile na Piczkę. Zjadłem i usnąłem.

11 marca

Wyjechałem wcześnie rano z przytulnego hoteliku. Wcześnie czyli coś koło 7, co jak na mnie jest dobrym wynikiem.
Ruszyłem w stronę Wielkiej Piczki z zapałem. Zapał był spory i nie zelżał do końca dnia. Po drodze otwierały się widoki na zaśnieżone szczyty Atlasu wysokiego. Droga wiła się niemiłosiernie a i była coraz bardziej stroma. Po kilku godzinach morderczej walki z grawitacją zdobyłem pierwszą przełęcz Ait Barka czy coś podobnego. Wysokość ponad 1600 m npm. Ja ją nazwałem Mała Piczka. Chyba była to jedna z najtrudniejszych przełęczy w moim życiu rowerzysty, no może cięższa ale ze względu na wysokość była przełęcz w Kirgizji.
Ok, Mała Piczka zdobyta, ale do Dużej zostało jeszcze sporo kilometrów i to w zasadzie z tendencją bardziej niż mniej wzrostową.
Po drodze na szczęście są knajpki, gdzie można się za przyzwoitą cenę pożywić i napić. Krajobraz też się zmienia. Coraz częściej na stromych zboczach można dojrzeć mniejszą lub większą wioskę z domkami w kolorze brązu ulepionymi z gliny i trawy. Dopóki są zamieszkałe, dopóty istnieją. Po opuszczeniu, rozsypują się.
Nas Europejczyków może dziwić fakt, że jest coraz mniej miejsc na świecie, gdzie nie dochodzi cywilizacja, ale ludzie żyjący w szeroko pojętym "ubóstwie" także chcą żyć w dobrych warunkach.
Późnym popołudniem dojechałem do miejscowości Taddert i postanowiłem tu przenocować, zwłaszcza, że po raz pierwszy miałem możliwość napić się piwa marokańskiego. Otóż w tej oberży jest wyszynk z alkoholami.
Jedząc tadżin i pijąc piwko na tarasie z widokiem na meczet i na Wielką Piczkę, przysiadł się do mnie Berber z laptopem. Popytał ile może kosztować i poprosił o pomoc. Nie mógł otwierać obrazków w przeglądarce. Pogrzebałem chwilkę i jakimś cudem się udało naprawić. Ali mógł wreszcie oglądać swoje "laseczki" na większym ekranie. Nie żeby jakieś nieprzyzwoite, on oglądał panny, które mu przysłały fotki. A potem namiętnie przez 30 min gadał na skypie z laską z Tunezji.
Poczęstował mnie szklaneczką marokańskiego wina. Nie było może zbyt smaczne, ale i tak sprawiło mi to sporą przyjemność.
Czas spać, jutro mam nadzieję wdrapać się wreszcie na Wielką Piczkę.

12 marca

Uraaa, Piczka zdobyta.
Łatwo nie było, choć Col du Tichka jest najwyższą dostępna przełęczą na drogach głównych w Maroku, to nie jest aż taka straszna. Za to widoki są przepyszne.
Droga od Tuddart wije się serpentynami i ostrymi zakrętami i powoli wspina się. Dobrze, że wybrałem nocleg w Tuddart, bo gdy wyjechałem rano, nie było jeszcze dużego ruchu. Piczkę zdobyłem ok. południa, a większość aut zaczyna gdzieś właśnie w okolicach 12 wjeżdżać na przełęcz i zaczyna się korkować. Sama droga wcale nie jest wąska i bez zabezpieczeń jak podają przewodniki. W zasadzie na całej długości trasy są albo betonowe słupki albo barierki. Kierowcy też jeżdżą ostrożnie, a poza tym są miejsca gdzie można spokojnie się zatrzymać i odpocząć.

Na zakrętach w wielu miejscach są albo kafejki albo jeśli jest wąsko są pozostałości po starych niewielkich budyneczkach, gdzie na upartego zmęczony rowerzysta może nawet przenocować. Na upartego znalazłoby się miejsce na namiot.
Z wodą tez nie ma tam problemu. Albo płynie albo można kupić, albo dostać od kierowcy tira.
Na zakrętach stoją też handlarze skamienielinami i innym badziewiem. Generalnie nie warto.

Na samej przełęczy jest też geszefcik z kawa i wyrobami różnymi lokalnymi. Jeden ze sprzedawców pyta jakiej jesteś narodowości i już za chwile pokazuje albumik z fotkami, a wśród nich jego żona pół- Polka. I twierdzi że kocha tylko Polaków.
Wystrzegać się z nim rozmowy ;)))
Zjazd z przełęczy miły, ale zaraz go zakończyłem. Skręciłem bowiem w lewo do kasby Telouet którą rządził ród Glawich. Powstała w 1860. Niestety, staje się coraz większą ruiną, choć w środku kilka pomieszczeń budzi respekt swym przepychem.
W kazbie poznałem Niemców i Nowozelandczyków. Do miejscowości wiedzie fantastyczna droga przez wioski i pola uprawne. Można z bliska zobaczyć jak żyją mieszkańcy Atlasu. Warto tę drogę przejechać. Jest tam tez sporo miejsc do rozbicia namiotu.
A markola jest już nowa. Jutro w moje urodziny upije nieco z buteleczki. Generalnie nigdzie mi się nie spieszy.

 

13 marca

Z Talwart pojechałem dalej droga w kierunku na Warzazat, zresztą innej nie było w pobliżu. Droga w miarę dobra. Asfalt jest, choć czasami dziurawy ale jest. Droga wiedzie przez super widokowo tereny. Wznosi się, a za chwilkę opada. Nie są to jednak różnice duże, ot do 100 metrów. Za to widoki świetne. Różne wioski pojawiają się za w zasadzie każdym zakrętem, nie ma ich ani na mapie ani w przewodniku Pascala. Jedzie się wzdłuż potoku, a wioski są przyklejone do zbocza kanionu tegoż potoku. W okresie po zimie, musi płynąć tedy spora masa wody. Wioski są zielone, jakby nie po stronie saharyjskiej Atlasu.
Droga, którą się jedzie wije się góra kanionu, a widoki w dol są fantastyczne. Gdzieniegdzie rosną już palmy, a zieleń jest tak soczysta, jak konwalie u nas na dzień Matki. Zawsze ten dzień kojarzy mi się z konwaliami, które rosną u moich Rodziców przy furtce. Miejscami, kanion przypomina Wielki Kanion Colorado, tylko nieco mniej głęboki.


Miejsc do rozstawienia namiotu jest całkiem sporo. Może nie są to miejscówki super, ale na nocleg dla rowerzysty wystarcza.
Po 30 kilku kilometrach dojechałem świetnym asfaltem (nowy, a Pascal podaje, że droga jest fatalna) do wioski Tamdaght. Jest tam kasba, ale nie jest warta odwiedzin. Ruina i tyle. Z drogi prezentuje się całkiem całkiem. Za następnych kilka kilometrów następna kasba. Znana m.in. z filmu Lowrence z Arabii. Z zewnątrz fantastyczna, środek to mało interesujące miejsce.

Ale za to zaprzyjaźniłem się z Hassanem, który opowiedział o królu Maroka i o tym, że w kasbie mieszka 7 rodzin.
Jak usłyszał moja polska mowę, bo ja z handlarzami gadam po polsku, to chciał wyroby ze swojego sklepiku wymienić na wódeczkę. I że Allaha ma w sercu i że Maroko to wolny kraj, i że jak się chce to można też się i napić. Problem w tym, że alkoholu to kupić się tu za bardzo nie da, a jak już to jest drogi. Następnym razem, jak będę jechał do kraju Berberow wezmę 2 albo i 3 litry spirytusu. Hassanowi rozrobiłem 100 gram z cola i wystarczy.
Z drugiej strony był gość, który alko do ust nie brał. Ale i jeden i drugi krzywdy nie robili ;). Nawet nie chcieli nic mi sprzedać. Dzięki Hassanowi poznałem Annę, która pracuje w biurze podróży i jeździ po Atlasie rowerem. Następnym razem, gdy wybiorę się do kraju Berberow, opracuje z nią trasy na rowerek. A wybiorę się jak tylko zdrowie dopisze.
Moje urodziny spędzam w miłym hoteliku, popijając markole i słuchając śp. Zębatego w kawałku Alleluja, a wcześniej Wysockiego.

 

14 marca

Z Kasby Ajt Bin Haddu a w zasadzie z hoteliku SoSo wyjechałem dość wcześnie, bo ok. 7 rano.

Miły chłód i lekki spadek dodawał skrzydełek, aż chciało się jechać. Aż do krzyżówki z drogą N9 Marakesz - Warzazat. Tzn do momentu, jak po wypiciu 2 świetnych kaw latte zobaczyłem pieprzony podjazd.
Kurcze, już miałem nadzieję, że po Piczce Małej i Dużej te wredne piczki dadza mi spokój, a tu kibel. Podjazd to podjazd i trza go łyknąć bo inaczej nici z dalszej trasy. A zresztą jeden więcej czy mniej, cóż za różnica.
Wjechałem i na niego. Trochę się przy tym spociłem, ale koszulka z owczej wełny (Icebreaker)), nie jakaś chińska bawełna, daje rade i nie śmierdzi nawet po 7 dniach jazdy bez prania (spróbuje pobić swój rekord i nie prac jej przez cały wyjazd).
Potem był tylko zjazd i miejscowość określana wrotami Sahary, czyli Warzazat albo jak tu jest na słupkach Qurzazat. Mieścina całkiem spora. Czysta i przestronna, jak nie w świecie arabskim. Jakbym wjechał do jakiejś alpejskiej miejscowości. Poukładane wszystko i nawet policja kieruje uśmiechnięta ruchem na 2 głównych krzyżówkach.
Pojechałem zobaczyć reklamowana w przewodnikach Kasbę. W zasadzie każda jest taka sama. Jedna jest bardziej zniszczona inna mniej.
W końcu to są "domki" z gliny i trawy.
Miasto założyli Francuzi, a po ich "ewakuacji", miasto nadal całkiem dobrze sobie radzi.
Jest tu marokański Hollywood - wytwórnia filmowa. Większość filmów w tym "Ostanie Kuszenie Chrystusa" czy "Helikopter w ogniu" ma tu swoje miejsce i rekwizyty. Zrobiłem sobie fotę pod posągiem któregoś z faraonów, zjadłem na bazarze niedrogo, bo za 20 dirhamów kilka szaszłyków z koziny, obejrzałem z daleka Kazbę z przepięknym, olbrzymim, gniazdem bocianim i z jego mieszkańcem i ruszyłem dalej w kierunku na Saharę.
Przede mną jeszcze jedna Piczka, tym razem średniej wysokości bo ok. 1700 m npm. Droga zaczyna się wznosić i opadać.
Po drodze w jeden z kęp palm odkryłem pusta buteleczkę (małpkę) marokańskiej wódeczki. Produkt rodem z Maroka. Czyli nie jest tak źle. Mają tez wytwórnie Markoli o swojskiej nazwie Nikita. Musze ja sprobować nabyć a przynajmniej skosztować. Być może uda mi się ten wyczyn w Agadirze. Po drodze mijałem kilka ujęć wody. Ale jedno był całkiem świeże. Polazłem, zrobić kilka fotek i co zobaczyłem?
Dziurę na głębokość ok. 10 m i jednego gościa, który wyciągał ziemie z wodą, czyli zwykłe błoto, a drugi siedział na dole i kopał dziurę. Robota dość niebezpieczna i ciężka. Panowie jednak byli bardzo zadowoleni i uśmiechnięci. Poczęstowałem ich tytoniem do fajki i kilkoma bibułkami. Papierosy na pustyni to towar bardzo pożądany bo drogi i niedostępny.
Zaczynało się zmierzchać wiec trzeba szukać miejsca do nocowania.
Znalazłem niedaleko drogi i podjazdu jak się później okazało wcale jeszcze nie na przełęcz, plac bez większych kamieni. Na pustyni jest miejsca sporo, tylko ciężko znaleźć na tyle gładkie, aby kamienie nie rozpruły podłogi namiotu. A do tego francowaty wiatr, który bardzo utrudniał robicie namiotu. Udało się. Przy okazji złamałem podnóżek w rowerku. Po powrocie będę musiał cos wymyśleć, bo ciężko jest z rowerem bez podnóżka gdy nie ma o co nawet go oprzeć.
Pociągnąłem mocny łyk markoli i spać. Usnąłem ok. północy.

 

15 marca

Przez to, że usnąłem dopiero ok. północy, wstałem po 7 niestety.
Do tego chcąc zrobić sobie śniadanie, chciałem odpalić kuchenkę.
A tu kupa. Butelka z paliwem nie chce współpracować z kuchenką. Gwint jakiś dziwny i po wkręceniu, jest nieszczelny. A to nie jest dobre, przy kuchence benzynowej. Nieco się wkurzyłem. Kupiłem nowa butelkę na paliwo, a to taka skucha. Dupa dupa dupa.
Ale miałem w zanadrzu 2 bidony na markolę. W jednym zostały już niestety tylko resztki głównego półproduktu czyli spirytusu, a w 2giej na samym dnie markola. Wiec przelałem spirytus do markoli i tym sposobem uzyskałem dobra butelke na benzynę. Musze zareklamować tę, co kupiłem w Podróżniku. Przez całą te operację straciłem ponad 1,5 godziny i niestety wyjechałem dopiero po 9.
Jazda od samego początku była pod górkę, na Piczkę nr 3, czyli Tizi n-Tinfift. Ta Piczka wcale nie była łatwa do zdobycia. Prawie 1700 m npm. Ledwo co ruszył z noclegu, a tu taki francowaty podjazd. Widoki i owszem, całkiem ciekawe. Dookoła pustynia kamienna, wąwozy i różnokolorowe skały. Droga sama w sobie dobra i szeroka, asfalcik równiuteńki. Wody niestety nie zostało mi wiele, ok. 1,5 litra, a zaczynało być ciepło. Wdrapałem się na prawie 1600 m i tu niespodzianka. Zero Piczki a zaczął się fajny zjazd. Po drodze spotkałem 2 rowerzystów z Holandii. Zjazd zrzucił mnie 200 metrów w dół. Kurcze, znowu trzeba się będzie gramolić na 1700 m. Nic to, wody mało, ale na końcu zjazdu miejscowość, knajpa i 2 miłych policjantów, zapraszających mnie do stolika i częstujących herbatka marokańską. Chwila rozmowy, skąd, dokąd jak długo i czy w Maroku jest bezpiecznie. Ja że bezpiecznie, a oni, że bardzo bezpiecznie. Faktycznie, odpukać, jest pod tym względem spokojnie. I oby tak dalej.
W knajpie na ścianie malowidło przedstawiające podjazd na Piczkę właściwą. Nie nastrajał optymizmem. 300 m w pionie i tylko 1 serpentyna. Ale nie było w sumie tak źle. Najadłem się, kupiłem 2gi składnik do markoli oraz wodę i jazda w górę.
Widoki wynagrodziły mi mękę podjazdu. Nigdzie się nie spiesząc, zatrzymywałem się by albo zaczerpnąć oddechu, albo zrobić fotkę, albo z bardziej prozaicznego powodu, czyli na siku. Jak na podjeździe dużo piję, to tez sporo sikam. Suma sumarum, wgramoliłem się na przełęcz. Po drugiej stronie widoki jeszcze milsze i ciekawsze. Wąwóz jak z bajki. Skały różnych kolorów od czerni, przez brąz po zieleń. Zieleń to jakaś dziwna sprawa, zapewne jakiś minerał daje taki kolor.
Ale za to zjazd był przepyszny. Prawie 700 metrów w dół. Współczuje tym, co jechali w przeciwnym kierunku co ja. A był ich kila osób na rowerach. Ten szlak jest chyba często uczęszczany. Spotkałem Szwajcara, Francuzów, Amerykanów. Wiem, że przede mną jest jeszcze dwójka Niemców. Może się spotkamy przed Mhamid?
Zjazd wzdłuż wąwozu bez, w zasadzie zakrętów. Na jednym postoju z panoramą, zatrzymał się motocyklista. Polak żyjący na Wyspach, przyjechał na wakacje na motorku. Pierwszy spotkany Polak.
Na dnie temperatura podskoczyła o kilka stopni, zaczęły pojawiać się palmy. W końcu pojawiła się spora rzeka - Draa chyba.
Na pustyni woda to życie, a tu jest spora rzeka. Miejscami wygląda jak San w okolicach Krasiczyna i Olszan. Tylko zamiast buków i świerków rosną palmy.
W miasteczku Akdiz zjadłem grilla z żeberek barana albo kozy. Zamówienie składa się rzeźnikowi, który rąbie tyle mięcha, ile chcesz. Chcesz ćwierć kilo, to urąbie ćwierć, chcesz pół, dostaniesz pół. Potem zanosisz chabaninę do faceta, co robi grilla i za 15 min. masz mięsko świeżutkie, upieczone na grillu. Ten sposób zamawiania mi się bardzo podoba.
Po 30 min, ruszyłem dalej w kierunku na południe. Jedzie się wzdłuż rzeki Draa. Po prawej wioski z gliny a po lewej palmy, rzeka i pola z jakimiś uprawami.
Zaczynał się zbliżać zachód słońca i należało znaleźć nocleg. Znalazłem go w starej kazbie przerobionej na hotelik. Przez 30 min próbowałem wytłumaczyć, że potrzebuje miejsca do spania. Dopiero jak wyciągnąłem moją ściągę z tekstami po arabsku, to zrozumieli o co chodzi. I tak śpię w starej glinianej kasbie, jakieś 15-20 km za Akdiz.

16 marca

Stał się kataklizm.
Skończyła mi się markola oraz podstawowy wkład, czyli spirytus.
Kurczę, a miałem ambitny plan dotrwać z markola do końca. Znów wziąłem za mało wkładu, albo byłem za hojny, częstując nią Berberów.
No ale do rzeczy.
Z kasby wyjechałem ok. 7.30. Czas całkiem dobry. Ale jakoś mi jazda dziś nie szła. Może przez to, że trasa wiodła przepiękną doliną rzeki Draa, wśród palm z jednej strony i stromymi zboczami wąwozy z drugiej. A może po prostu nastąpiło przesilenie. Po ok. 15 km, zajechałem do knajpy na śniadanie. Siedziałem w miłym ogrodzie prawie godzinę rozkoszując się cieniem i atmosferą. Przy wyjściu spotkałem rodaków w terenówkach na polskich numerach. że też im się chciało taki kawał z Polski jechać? No ale co kto lubi. Chwilka miłej rozmowy i czas ruszać dalej.
Trasa cały czas wiodła doliną rzeki Draa, wśród palm i pól uprawnych. Po drodze mijałem całe peletony dzieciaków na rowerach w różnych konfiguracjach. Zapewne albo do, albo ze szkoły. A przy drodze znaki ostrzegawcze, żeby uważać na rowerzystów. I faktycznie, kierowcy jeździli jakby uważniej. Nawet nie trąbili.
Po drodze, to po lewej, to po prawej, mniej lub bardziej rozsypujące się kasby i sprzedawcy daktyli. Raz dałem się przechytrzyć sprzedawcy, po raz drugi się im nie uda. Człowiek uczy się przez całe życie, a i tak głupim umiera.
Miejscowości po drodze jest multum. W niektórych są restauracje i hoteliki. W zasadzie można jechać bez obawy o możliwość noclegu. Miejsca na namiot też jest sporo. Gorzej tylko z wodą, dziś jest piątek i większość wiejskich sklepików jest zamknięta.
Droga nie jest zbyt wymagająca. Ma tendencje do obniżania się, bo jadę cały czas w dół rzeki. Wreszcie udało mi się zrobić, mam nadzieję, że udane, fotki w podczerwieni. Po to targam ze sobą druga lustrzankę przystosowaną do takiej fotografii. Zobaczymy co z tego wyjdzie. Domków z gliny mam już dość i coraz mniej się nimi fascynuję. Z ludźmi jest jeszcze gorzej, bo nie chcą "pozować". A ja nie lubię robić fotek, jak ktoś sobie tego nie życzy, chyba, że jest na tyle duża odległość, że nie widać co i komu, bądź czemu robie foto. Musze sobie sprawić zooma 200-500 mm. Ale jest cholernie drogi niestety. Zaczynam już zbierać kasę.
W końcu pod koniec dnia dojechałem do Zagory. Nocleg tym razem że śniadaniem w hotelu Palmira (to chyba ma coś wspólnego z Syrią?).
Piję piwko (sic! 20ml za 22 DH - ale przynajmniej zimne i dobre) i kima. Rano ruszam w kierunku Mhamid. Tam już podobno piaski są. A potem powrót do Agadiru i 1-2 dni odpoczynku.

17 marca

Średnia prawie 17 km/godz. Kurcze, tak szybko jeszcze nie zrobiłem odcinka w tym 4tą Piczkę. Nie no żartuję, czasami udawało mi się popędzić nieco szybciej.
Po śniadaniu ruszyłem z hoteliku w Zagora ok. 7.30. Było dość chłodno, jakieś 20 st C i wiał lekki wiaterek. Pedałowało się dość sprawnie i po niecałej godzinie na liczniku stuknęło mi 20 km. A do przejechania miałem ok. 70 do miejscowości Tagonite. Początek wydawał się zadowalający, ba nawet więcej niż zadowalający. Ale co dobre szybko się kończy. Jak tylko słoneczko wyszło zza obłoczków to powiało wiatrem i to jak zwykle wiatrem w mordę. Bo rowerzyście zawsze wieje w mordę. Pomimo próby uników, wiało w ryj i już. Jedyna zaleta takiego wiatru, a nawet 2 to takie, że 1. nie odczuwa się temperatury, 2. muchy nie próbują cię zjeść żywcem. Bo dla mnie gorsze od wiatru są wszędzie włażące muchy. Jedziesz pod górę z prędkością 5 km/godz, ledwo trzymasz kierownicę a tu wstrętny owad chce wleźć ci do nosa albo do oka. Nie rzadko połykasz takie stworzenie, ale to przynajmniej kilka kalorii.
Więc już wolę wiatr niż muchy.
Podczas tego etapu odkryłem skąd tu tylu rowerzystów. Otóż jest to jedyny środek lokomocji, jakim dysponują tutejsza młodzież i którym mogą się w miarę szybko dostać do szkoły i ze szkoły do np. domu. To, że nie maja hamulców, to nie ma znaczenia. Po co one, skoro w zasadzie mają do szkoły po równym i nie ma możliwości się rozpędzić, bo zaraz i tak w piachu ugrzęzną albo ich żwirówka wyhamuje. Na swojej trasie dziś odkryłem pod murem całkiem sporej szkoły, kilkadziesiąt jak nie grubo ponad setkę takich pojazdów.
A szkoły to we wsi najlepsze budynki. Nawet meczety są w gorszym stanie.
Może by tak u nas zrobić taką reformę i plebanie przerobić na szkoły?
Droga cały czas asfaltowa, trochę powygryzana na bokach, ale mieści się na niej mercedes beczka jako grande taxi i rowerzysta jak Baltazar, Czyli nie jest jeszcze źle.
No ale na drodze do szczęścia i sławy, stanęła mi przedostatnia z Piczek na tej trasie. Ta jest znacznie mniejsza, bo ma ok. 850 m npm, ale za to zdobywałem ja w 34 stopniowym upale. Na szczęście i nieszczęście wiała lekka "bryza" z Piczki. Była to chyba najkrócej zdobywana Piczka w moim życiu rowerowym. Wdrapałem się na nią w niecałe 90 minut. Widok z góry był imponujący. Równina z krzakami i czasami palmami, i piachem, i kamykami, a dookoła pierścień zerodowanych gór. Czasami wyglądały jak wielkie schody dla wielkoluda z serialu-baśni Czechosłowackiej o Arabelli i Rumburaku (tytuł mi się gdzieś zapodział), którą nota bene niedawno oglądałem na którymś kanale kablówki.
Po drugiej stronie Piczki krajobraz za bardzo nie odbiegał od tego sprzed. Trochę może więcej piasku zacząłem czuć w ustach.
A mojemu Tacie na jutrzejszy dzień imieninowy, zdrowia, zdrowia i jeszcze raz zdrowia. Resztę już ma :)))

18 marca

No się zemściło to, że tak mi dobrze szło pomimo upału.
Przyjechałem do Tagonite i zakwaterowałem się w hoteliku, zjadłem dobrą kolacje i poszedłem spać.
No ale spać to tylko z nazwy albo z chęci. Usnąłem co prawda, albo tak mi się wydawało. Zbudziły mnie potworne kręcenie w żołądku a czułem się jakbym zaraz miał się zapalić. Żołądek napieprzał coraz bardziej. Nie wytrzymałem i skorzystałem z kibelka. Wywaliłem prawie wszystkie wnętrzności. Wylazłem blady i rozpalony. Znając swój organizm stwierdziłem, że to zmęczenie i przegrzanie. Jak się jeździ w 35 st upale i to pod górę, to się tak to kończy. Nie pierwszy to raz. Ale nigdy w takim nasileniu.
Spałem z przerwami. A że czułem, że mi zimno, choć było ciepło, to wyciągnąłem swój puchowy śpiworek.
Jakoś udało się przetrwać do rana. Ale rano wcale nie było dobrze. Leżałem na wyrze przez cały dzień. Zmusiłem się tylko rano do pójścia po wodę i coca-cole. Niestety, spirytus się skończył, Co za pech.
Ale zimna cola dobra i na żołądek i na przegrzanie, Od razu wypiłem pół litra i dalej w kimę. Ale spać było ciężko, bo za oknem zaczął się gwar i rajwach. Jakoś udało się przetrwać i ten dzień. Po południu zwlokłem się z wyra i polazłem na kawę. Było już lepiej, ale wcale nie na tyle, aby jechać dalej. Cóż, taka dola samotnego wędrowca. Liczyć może tylko na siebie. I to jest jedna z wad podróży samemu.
Minął jakoś dzień i noc.

19 marca

Nieszczęścia chodzą parami.
Noc przespałem, snując czarne wizje, już myślałem o tym, że mnie tu gdzieś zakopią na tej marokańskiej ziemi. Ale organizm mam silny i jakoś mi przeszło. Trwało to długo. Nigdy nie miałem takiej zwałki przez 1,5 dnia.
Rano spakowałem się i zaczynam zakładać sakwy na rower ochoczo. I co, i jedna z gum przy naciąganiu wystrzeliła i skasowała mi pół ryja. A przynajmniej tak to wyglądało. Franca strzeliła prosto w usta, prosto w prawą górna jedynkę. Zachowałem się na tyle trzeźwo, że najpierw sprawdziłem czy aby nie w oko, ale widze w stereo, więc jest ok., potem pomacałem zęby, nie brakowało żadnego. Potem polazłem do łazienki a tu w lustrze jakaś taka warga przecięta i leje się z niej krew. Aziz się nieco przestraszył, jak zobaczył moją zakrwawioną koszulkę i gębę. Ale generalnie nie było źle. Oko jest, zęby całe, jedynie górna warga napuchnięta i przecięta. Zapomniałem w tym momencie o wcześniejszych dolegliwościach. W końcu urodziłem się 13go w piątek a do tego, złego licho nie rusza. Językiem wylizałem poharataną nieco wargę, wsiadłem na rower, pomachałem Azizowi i w drogę. Przecież czeka na mnie piąta, ostatnia Piczka na mej trasie. Nie mogę jej odpuścić i dać dyla. Pojechałem.
Zostało niecałe 30 km do ostatniej wiochy przed pustynią. Mhamid - bo tak się ta dziura nazywa, leży za ostatnią Piczką. Piczka niewielka. Wjeżdżałem na nią niecałe 40 minut. Różnica wzniesień to jakieś 100 m. Pestka. W uszach leciał Zębaty a pod koniec Grupa Bez Jacka w kawałku chyba Tuwima, "Całujcie Wy mnie Wszyscy w Dupę". Zgodnie z tekstem, całowałem w dupę to co się stało i cieszyłem się wolnością.

Jedynkę lekko czuję, ale nawet mogę nią gryźć, więc nie jest źle, a organizm z przegrzania już ochłonął i jest dobrze.
Dojechałem do Mhamid, kupiłem bilet na autobus do Agadiru, może przynajmniej teraz zobaczę ocean i plażę.
Z nudów wybrałem się na wydmy. Z braku czasu nie pojechałem na pustynię z noclegiem, a jedynie na najwyższe wydmy w okolicy. Widoki takie sobie. Lepsze są chyba nad naszym morzem w Sowińskim Parku Narodowym koło Łeby. Może dlatego, że to blisko wioski. Ale i tak byłe miło.

Przy okazji, miglanc, który mnie tam wiózł, spytał się, a jakże, o wódkę. I, że jakbym miał to by była fajna imprezka z muzyczką i panienkami. Chyba dobrze, że ten kto pisał Koran, zakazał im pić alkoholu. Jakby mogli pić, już dawno by się zdegenerowali. Mądry był ten ich Pisarz. Dodam, że nie jest źle. Ryj tak fatalnie nie wygląda, nawet wygląda całkiem dobrze. Widać tylko lekko powiększoną wargę. Ząb się trzyma i mogę gryźć. Zanim wrócę, powinno być wszystko w porządku.

 

20 marca

W tym dniu w zasadzie nic ciekawego się nie wydarzyło, bo od 6 rano siedziałem w autobusie państwowej firmy CTM i jechałem do Agadiru z przesiadką w Warzazat.
Autobusy tej linii nie należą do najtańszych, ale zapewniają w zasadzie pełen komfort. Miejsca są numerowane a bagaż oklejany jak na lotnisku. Bilety można nabyć tak u kierowcy jak i w biurach czy agencjach CTMu w całym Maroku na dowolny dzień czy trasę. Jak jest przesiadka, to tak jest układany przejazd, aby podróżny spokojnie zdążył. Koszt biletu z Mhamid do Agadiru to ok. 200 dirhamow. Za rower jest osobna oplata za każdy odcinek po ok. 40 dh. Ale za to rower włazi do bagażnika bez zdejmowania bagażu. Trzeba go tylko samemu przymocować do ramy autobusu najlepiej gumami. A potem dodatkowo zostanie obłożony innymi bagażami innych podróżnych. Kierowca na mój widok a w zasadzie rowerka uśmiechnął się i klepną po barkach na przystanku.
Jednak coś zasługuje na mój dłuższy opis tego dnia, w którym nic się nie wydarzyło. A jednak. Na jednym z przystanków zauważyłem samochód szkoły jazdy. I nic w tym dziwnego, ale on miał 2 kierownice i podwójne pedały. Obie się kręciły, bez względu na to, czy kreci kursant czy instruktor. Całkiem niezły patent. Zdaje egzamin, bo Marokańczycy całkiem nieźle dają sobie rade na drogach. A przynajmniej mam takie odczucie po drugim już tu pobycie na rowerku. W Polsce kilka razy zdarzyło mi się, że L-ka lekko trąciła mnie lusterkiem. I albo instruktor nie uważał, albo mają w dupie rowerzystów. Oczywiście dopadłem kretyna na następnym skrzyżowaniu i powiedziałem co myślę o takiej nauce. Rzecz jasna powiedziałem to instruktorowi a nie przestraszonemu kursantowi.

21 marca

Rano udałem się w stronę podobno wspaniałych plaż za Agadirem, do miejsca gdzie podobno są fale 2-3 a czasami i 4 metrowe i gdzie urzędują łapacze takich właśnie fal, czyli surferzy. Wcześniej przejechałem przez dzielnice hotelowa i szczerze mówiąc w życiu nie wykupiłbym wakacji w czymś takim. No ale to ja, miliony turystów myśli inaczej.
Po drodze zatrzymałem się na opisywanej w przewodniku Pascala plaży, podobno ślicznej. I tam zaobserwowałem ciekawe zjawisko kulturowe. A mianowicie obok samotnej śniadej roznegliżowanej chyba Marokanki, parasolkę wbiła marokańska rodzinka składająca się z matki i 2 nastoletnich córek. Wszystkie były ubrane jak na Marokanki - muzełmanki przystało, na cebulkę. Po chwili przyszedł ojciec. Rozebrał się do spodenek i poszedł się kąpać. Dal tym samym chyba znak córkom i żonie, że też mogą się wykąpać. No i zaczęło się przebieranie, ściąganie kilku koszul i kiecek. Ale do stroju kąpielowego było daleko. Ich strój to koszulka z krótkim rękawem i spodenki za kolano. Ok. córki poszły do wody. Ale za chwile i mamusia też wskoczyła do morza, ściągając kilka warstw ciuchów. W zasadzie nic w tym dziwnego, oprócz tego, że jak wyszła z wody to przebierała się na widoku wywalając wielkie cyce do wszystkich. No i tego nie rozumiem. To po co łażą w szmatach chowając pod nimi wszystko, a na plaży świeci gołą dupą i cycami?
Pojechałem dalej do surfowego grodu czyli Tarfut czy jakoś podobnie. Dalej nie było sensu bo 22go chciałem być na lub pod lotniskiem. Przysiadłem się do miejscowych i siłą rzeczy zaczęliśmy rozmawiać. Od słowa do słowa, zaprosili mnie na sardynki z grilla, świeże z porannego połowu, potem była jakaś większa ryba. Generalnie zaczęło być swojsko. Nigdzie już nie jechałem, wiec postanowiłem zostać w tym miejscu na noc. Od jednego z nich wynająłem pokoik, a w zasadzie cale mieszkanko z odgłosami fal za oknem. Polecam, jak ktoś będzie szukał tam noclegu proszę o kontakt, dam telefon do Raszida. Zostałem na wieczór zaproszony na kolacje przed sklepik z pamiątkami. Żeby była jasność, nie chcieli nic mi sprzedać. O 21 polazłem, wcześniej już tam bylem i trafiłem na śróddzienny posiłek w postaci wątróbek kurczęcich z grilla. Pycha. Tadżin smakował wyśmienicie. Pogadaliśmy o świecie, o żonach naszych i cudzych, o polityce, o religii. Raszid stwierdził, że w Koranie nie ma napisane, że należy zabijać innych ludzi. A to co stało się w Marakeszu, czyli bomba w kawiarence na placu el Fna, to robota świra. Ale co najważniejsze, Marokańczycy zdają sobie sprawę z tego, że jak będzie strach przed terroryzmem, to turyści nie przyjadą, a jak nie będzie turystów to mnóstwo ludzi straci prace, a jak nie będą pracować, to nie będą mieli pieniędzy, a jak nie będzie kasy, to będą jedli bruk (to są słowa Raszida, który żyje z turystów). Z takim pojmowaniem spotkałem się tu już nie po raz pierwszy. Jedyna dla mnie odczuwalna zmiana po wybuchy bomby w Marakeszu to mniejsza nachalność sprzedawców.
Na zakończenie dnia, dostałem chyba najwspanialszy komplement i to od faceta. Raszid stwierdził, że jestem gut turysta. Dlaczego? Ano dlatego, że bratam się z miejscowymi a nie tylko hotel, bar, plaza, hotel. Kurcze, to było wspaniałe określenie. Bo liczą się ludzie w drodze i droga w ludziach. Zawsze, podczas moich wyjazdów staram się przynajmniej wymienić uśmiech z miejscowym, co zazwyczaj procentuje. Bo ludzie z natury są dobrzy i chcą by świat też taki był. Koniec, czas wracać. Ale ja tu jeszcze wrócę i już wiem którędy pojadę. Wrócę oczywiście z rowerem.
INSZ ALLAH

Mały Słownik Polsko - Arabski

Udostępniony za zgodą Autora - profesora Jerzego Łacinę:

Witam,
Oczywiście, może Pan umieścić na swojej stronie ten słowniczek.
Jest on darmowy, dlatego można go rozprowadzać dowolnie, pod warunkiem zachowania wersji bez zmian.

W Maroku język potoczny (tzw. dialekt arabski) różni się dość znacznie od arabskiego standardowego języka ogólnego, niemniej jednak w wielu wypadkach słowniczek może okazać się przydatny.
Pozdrawiam,
Jerzy Łacina