Kanada 2002 - Szlakiem Kolei Canadian-Pacyfik



* Po przyjeździe do Wiednia, z lekkimi przebojami, bo oczywiście Piotruś zawalił wszystko co mógł zawalić, oprócz jednej rzeczy , znaczy kupił bilety. Jesteśmy na lotnisku, odprawieni, Bagaż poszedł elegancko tak jak być powinno. Kobieta z biura podróży załatwiła wszystko idealnie. Żadnych dopłat, z biletem poszły rowery, bez żadnego problemu. Na granicy pytał się mnie dlaczego jak mam wizę od trzech lat, od dwóch lat, bo w 2000 roku dostałem, nie poleciałem wcześniej tylko dopiero teraz. Powiedziałem mu, że jak miałem urlop to zachorowałem i nie mogłem. Powiedział "szajse". Kurde nie mogą uwierzyć, że jak człowiek ma wizę to nie musi tam od razu lecieć, tylko po prostu ma. Ale taki to durny kraj. No więc tak, na lotnisku w Wiedniu nie ma prysznica, ale gąbka, którą kupiłem w Norwegii jest nie zastąpiona. Piękna gąbeczka i można spokojnie się umyć, oczywiście w kabinie dla inwalidów. Nikt na to uwagi nie zwraca, wymyć się można ślicznie, elegancko, jak prysznic, za darmo. Teraz idę jeszcze umyć zęby, bo nie wziąłem pasty ze sobą bo Piotrek ją ma. Idziemy coś zjeść, odprawimy się i "bye bye to Montreal". Następna relacja może w samolocie.

* No więc siedzimy już w samolocie i jest miło. Przekroczyłem po raz pierwszy jako pierwszy pasażer wejście do samolotu. Spieprzyłem maszynkę do odbijania kart pokładowych. Jest godzina 10.50 12 lipca.

* Wylądowaliśmy na lotnisku w Montrealu. Pogadałem z miłą, sympatyczną Polką, która wyjechała 15 lat temu z Polski przez Grecję, ale nie przez obóz. Pytała się o Polskę i stwierdziła, że wyprawa tam to jest straszny wydatek pieniędzy, nie wie czy za rok może za dwa poleci do Polski. Poznaliśmy Słowaka, bardzo sympatycznego kolesia, jedzie z nami do Calgary.

* No jesteśmy już po odprawie na Calgary. Ciekawa rzecz wszystkie urządzenia elektroniczne, które ma się przy sobie, muszą działać. Czyli baterie muszą być sprawne. Dziwne ale tak jest.

* Wczorajszy dzień minął jak minął, to pierwszy dzień naszego wyjazdu rowerowego. Oczywiście słońce dawało w dupę, pogubiliśmy drogę, generalnie było ciężko. Nawet mieliśmy już zamiar łapać stopa, żeby nas zawiózł do Banff, ale jakoś dowlekliśmy się 70km. Zrobiliśmy sobie camping, oczywiście darmowy na polu campingowy, nikt się nie czepiał, nikogo nie było także Ok. wyjechaliśmy 16 lipca rano, nawet o sensownej porze koło godziny 8.00. Pobudka była o 6.00, więc akurat 2 godziny na wszystko. No i teraz jedziemy już coraz bliżej Gór Skalistych. Mamy już przed sobą piękną ścianę i ten widok napawa optymizmem , wcześniej się wlekliśmy po francowatych farmach. Nic więcej.

* Dzisiaj jest chyba 17 lipca. Nocleg był u szwagierki Andrzeja, tam było miło i sympatycznie. Przenocujemy tam chyba jeszcze jedną noc. Poszliśmy wjechać kolejka na najwyższy szczyt. Pooglądaliśmy sobie panoramę, trochę zdjęć wystrzelałem, panorama z Gondoli (??). Teraz schodzimy na dół do biura informacji. Jutro spływamy w kierunku Jasper.

* Jutro mamy 18, dzisiaj trochę pospaliśmy, więc ten dzień był spędzony w łóżku. Spaliśmy w Banff, wczoraj (czyli 17) odwiedziliśmy najstarszy i największy hotel. Zdjęcia będą tego dowodzić. W tej chwili jest około 13, szukamy poczty żeby jakiegoś maila wysłać i ruszamy na trasę. Już bardziej sensowną, do Jasper. Prawdopodobnie nie będziemy jechać na Prince Rupert i nad Pacyfik, bo nie damy rady fizycznie. Zostało dwa i pół tygodnia, więc nie ma szans żeby cokolwiek tam osiągnąć. To jest w cholerę kilometrów więc skręcamy z Prince George na Colow i wracamy do Calgary. Tereny są bardzo malownicze, w związku z tym i tak wycieczka, jeżeli pogoda nam dopisze, a teraz troszeczkę się ochłodziło, wiaterek jest, jest ładnie, będzie bardzo ok.

* 19 lipca wyjechaliśmy z campingu, niestety musieliśmy zapłacić, ale z drugiej strony przynajmniej komary nas nie zżarły. Campingi barakowe są całkiem sympatyczne, jest ciepła woda, dwa kible, elegancko. Oczywiście z samego rana Piotruś musiał mnie wkurwić parę razy no bo to nie może być inaczej. Doszedłem do wniosku, że więcej kurwa nie jadę z kimś kogo nie widziałem, nie spędziłem na rowerowej wyprawie przynajmniej paru dni. Teraz czekam na niego, ciekawe co zrobi.

* Czołem! Wjeżdżamy teraz do Lake Luis, panorama jest przepiękna nie da się tego opisać.

* Dzisiaj 19, piątek zobaczymy Lake Luis, potem jedziemy w stronę Jasper na pierwszy camping, bo jezioro Lake Luis jest zamknięte, bo gryzli grasuje. Natknęliśmy się na jezioro do pływania.

* Kąpiel w tym jeziorku ach... to było cudo. Przejrzysta woda, nawet nie zimna, a nad nami górujące szczyty Gór Skalistych i lodowiec na jednej z nich. Ach... coś wspaniałego.

* jedziemy cały czas droga parkową nr 93. Widoki są przepiękne. Jest godzina 20.30, jeszcze jest ciepło, 16 stopni, także jest naprawdę cudnie. Mimo, że się jedzie po drodze to czuć zapach Kanady.

* Jest 20 lipca, pobudka nastąpiła o 8, wyruszamy około 10, ale to trzeba będzie znieść. Kolo się powoli dostosowuje, nawet mu to idzie. Wczoraj widoki były piękne i nieocenione. Wjechaliśmy na camping już tak wieczorkiem, nie było miejsc, więc wzięliśmy miejsce przy takim namiocie gościa, który ma takie rumuńsko-bałkańskie nazwisko. Jak na razie, a jest godzina 9.55 nie zapłaciliśmy za nocleg. Płaciliśmy tylko raz za nocleg, a tak, poza tym spaliśmy w różnych miejscach, u różnych ludzi i nie płacimy.
Dzisiaj zobaczymy, jak nam pogoda dopisze mam nadzieję, że będzie sensownie bo tu trochę padało, teraz jeszcze chmurki są, ale może się rzeczywiście wypogodzi.

* Panoramy są takie na tej drodze, że po prostu nie da się opisać, coś wspaniałego. Jezioro Bow, dwa lodowce po prawej stronie się kłaniają, piękne góry, coś niesamowitego.

* Dzień 21 lipca minął na postoju i odpoczynku przed przełęczą. Przespaliśmy pół dnia. W zasadzie był totalny odpoczynek, oprócz jednego ciekawego zdarzenia gdzie nam jakaś paskudna mała zwierzyna typu wiewiórka wygryzła dziurę w sakwie, ale na szczęście zakleiłem, więc nie ma problemu. Teraz jest 22 lipca wyjeżdżamy z campingu i podążamy powolutku w stronę przełęczy. Ciekawe jak to będzie wyglądało. Niebo jest bezchmurne, widoki powinny być z przełęczy piękne, w ogóle to jest pięknie i niesamowicie.

* Wreszcie się wspinamy pod przełęcz, ale chyba nie jest taka groźna. Pięknie jest wystawiony lodowiec Athabasca.

* Panorama lodowców jest cudna, trzeba było się trochę wdrapać do góry ale widok jest niesamowity, a zresztą wszystko jest na slajdach.

* Dzisiaj poznaliśmy również rowerzystów z USA, ze stanu Oregon - Tom Obrean. Bardzo fajni ludzie, książkę maja przysłać. Sakramencki zjazd z Columbia Icefield.

* Wczoraj czyli 22 pokonaliśmy niezły dystans łącznie z przełęczom z wododziałem. Zobaczyliśmy lodowiec Columbia Icefield, lodowiec Athabasca. W sumie przejechaliśmy 70 km. W tej chwili jesteśmy około 80 km. przed Jasper. Jak zwykle udało nam się nie płacić za nocleg. Trochę dzisiaj też pospaliśmy, ale to powiedzmy należało się nam. Piotruś guzdrze się jak zwykle ale jest ok., nie jest źle. Jedziemy w stronę Jasper, może dzisiaj dojedziemy, w ogóle dzisiaj jest 23. Nie za bardzo jest sens tam jechać bo za nocleg trzeba płacić, ale chcemy tam wjechać kolejką w jedno miejsce. W związku z tym trzeba być blisko Jasper, a rano spierdalać na kolejkę.

* Spotkaliśmy dzisiaj Czechów, wykapaliśmy się, widzieliśmy wodospad Athabasca, widzieliśmy misia, Piotrek z bliska ja trochę dalej byłem i pokonaliśmy następną przełęcz na drodze 93A. Jedziemy do Jasper tam jest camping za który się płaci dwie dychy, a 15 km. wcześniej jest camping za który się płaci piętnaście więc nie ma sensu na tym campingu zostawać.

* 24 lipca dzisiaj mamy. Dzień zwiedzania kolejki, czyli tramwaju Jasper, wjechaliśmy na górę ... i oczywiście pokłóciliśmy się ale potem doszliśmy do konsensusu, ustaliliśmy warunki współpracy i myślę, że to będzie jakoś tam wyglądało. Pojechałem również do Jasper, wziąłem kartki, przejrzałem internet, wszystko jest ok. Jutro jedziemy dalej. Spotkałem się telefonicznie z Bałamutem, ale się spotkamy w Kanadzie, może przyleci za półtora tygodnia, zobaczymy.

* 25 Dzisiaj udało się nam wyjechać wcześniej. Jesteśmy w Parku Mount Robson, zobaczymy jak będzie dalej.

* Jakieś 20 km, może 25 od miasteczka Blue dostałem kamieniem w łeb ze skały. Człowiek się przestraszył, bo to grudki ładne spadały.

* Mamy 27 lipiec, po śniadaniu wyjeżdżamy z rest area. Spaliśmy po drugiej stronie, oczywiście komary nas zżarły niemiłosiernie. Spotkaliśmy Niemca, dał nam swój e-mail. Prawdopodobnie też będzie trzeba z nim utrzymywać kontakt.

* Wczoraj jak się poszedłem wymyć wieczorem pod most, to cała mafia komarów zaczęła mnie atakować to był koszmar. Zdążyłem wymyć to co należy wymyć zawsze.

* Droga żwirowa, wysypali żwir i pierwszy kapeć u Kołaka.

* Odbyliśmy dzisiaj wycieczkę do pubu motorowego w jakiejś wsi zabitej dechami Awow czy Awol, jakoś tak. Zjedli hamburgera, wypili browara, posłuchali muzyki, zagrali w pula i jedziemy dalej.

* Czołem dzisiaj jest 28, niedziela. Zjechaliśmy z 5 do Valenboy czy jakiejś takiej miejscowości. Tam spaliśmy pod gołym niebem, nawet nie rozbijając namiotu. W nocy troszkę pokropiło, więc przykryliśmy się naszymi foliami i przekimaliśmy do rana nie rozbijając namiotu. Potem pojechaliśmy na stację benzynową, zjedliśmy małe śniadanko i ruszyliśmy już drogą szutrową na kierunek Adam's Lake i tu zaczęły się schody. Dość ostry podjazd, droga taka szutrowa, żwirowa, leśna. Teraz czekam sobie spokojnie na Piotrka aż przyjedzie. Zaczynają się rozjazdy, do końca nie wiadomo gdzie będzie trzeba jechać, ale myślę, że za jakieś 15 minut przyjedzie.

* Jadąc pod górę na Adam's Lake, szutrową drogą widziałem czarnego misia. Całkiem miłe stworzenie, ale uciekło zaraz i nie zdążyłem zrobić zdjęcia. Jak sobie na tej trasie zrobiłem odpoczynek przy 8 km, położyłem sobie rower bo nie miałem go o co oprzeć, siedziałem przy nim i jechało akurat auto z góry, taki pock-up stary. Zatrzymali się czy przez przypadek nic mi się nie stało. Bardzo mili ludzie tutaj są pomagają chętnie. Piotrkowi pękł bagażnik aluminiowy zresztą firmy Gaiant (??), ale jakoś żeśmy to zrobili.

* Chyba w końcu pokonałem tą przełęcz, tą drogę i wjechałem z 600m na 1200, droga leśną odchodząca od miejscowości Vanaben (??) czy jakoś tak, oczywiście w Kanadzie na trasie do jeziora Adam's Lake.

* Ta przełęcz ma wysokość 1300m z groszami, tamta była lekko fałszywa, ale jesteśmy już na górze.

* W końcu po wielkich bojach dotarliśmy nad piękne jezioro Adamsa, piękny camping, darmowy zresztą, woda czyściutka, dno widać. Wreszcie człowiek mógł się wymyć, wykąpać i teraz patrzymy na piękny zachód słońca będziemy spożywać posiłek i pójdziemy spać a zobaczymy co będzie jutro być może zostaniemy być może pojedziemy dalej.

* Wyjeżdżamy dzisiaj z tego pięknego zakątka, jedziemy dalej do Sejmur Arm, tam podobnież jest prom, żeby się przeprawić do highway-a zobaczymy co z tego wyjdzie i czy zdążymy w ogóle dzisiaj, bo teren jest cholernie trudny, natomiast jest tak piękny i urokliwy, że nie da się tego opisać. Oczywiście oprócz komarów, są wszędzie żerują atakują i w ogóle są wredne. Natomiast miejsce jest utrzymane bardzo pięknie nawet jabłoń jest.

* Dzisiaj mamy 29. Mieliśmy z tego campingu nad jeziorkiem nie wyjeżdżać, ale zdecydowaliśmy się wyjechać. Wyjechaliśmy jak zwykle koło godziny 12, po wielkich bojach, no ale wyjechaliśmy. Cały czas dymamy pod górę, miejscami są podjazdy 10, 15 procentowe, po szutrówce przejechaliśmy już 33km. tą drogą a jeszcze nam zostało około 40km. i myślę, że jeszcze 7 lub 8 i będzie zjazd w dół albo przynajmniej po równym do highway-a. Tereny są piękne, dzikie lasy, piękne podjazdy, strome, mało ludzi, praktycznie w ogóle. Raz czy dwa ktoś przejechał samochodem i to wszystko. Można przyjechać samochodem pojeździć i pozwiedzać. To coś cudownego jak Polskie Bieszczady, tylko nieco większe i wyższe.

* Wreszcie w pewnych momentach byłem w stanie czuć to co Przemek czuł podczas Islandii, ach..

* Mieliśmy także nocny downhill i nie tylko nocny normalny dzienny też z sakwami ostry podjazd czy zjazd ponad 20 procent. Jest parę zdjęć ciekawe czy wyjdą. Potem jechaliśmy nocą co mnie oczywiście wkurwiło, dojechaliśmy do asfaltu miały być 3km. a było chyba z 10 i wylądowaliśmy na stacji do odbioru spławnego drzewca jeziorem. Zresztą stację początkowo widzieliśmy. Piotrkowi urwała się dalsza część bagażnika, spierdolił jedną szprychę, znaczy pękła. Rano zaczął centrować koło, no i jeszcze bardziej spieprzył. Nie chciał żebym ja to zrobił to jego problem. A poza tym wszystko w porządku dzisiaj wyruszamy już highway-em, mamy jeszcze ponad 500km. do przejechania do Calgary. A tymi bezdrożami wczorajszymi zrobiliśmy ponad 80km., niezły wynik.

* 30 lipca, wyjechaliśmy z tego sympatycznego campingu jak zwykle około 11. Dojechaliśmy do miejscowości po drugiej stronie rzeki, jeszcze było 10km. Tam kupiliśmy sobie napój, pojechaliśmy dalej do miejscowości Salmon Arm. Tam Piotrek naprawił sobie koło za 5 baksów, poszliśmy do pubu na browara, wypiliśmy a ja zapaliłem cygaro no i pojechaliśmy dalej na górę. Ze 2km przed naszym noclegiem w bardzo miłym miejscu, spotkaliśmy gościa, który nas z kolei spotkał jadąc pick-upem przy wjeździe do Parku Banff, dał nam swój telefon i adres, mówił, że jak będziemy w Canmo to mamy do niego zajrzeć i nas ugości.

* 31 Wyjeżdżamy wcześnie, obóz rozbiliśmy bez namiotów, spaliśmy pod tymi płachtami na rowery. Człowiek trochę zmókł ale... Zjedliśmy śniadanko i jedziemy dalej, będziemy zaraz robić zakupy w Silkam (??) bo już nie ma nic do jedzenia.

* 31 Jeszcze jechaliśmy i trochę padało, pogoda nie była ładna. Budząc się rano, martwiłem się, że będzie pogoda spieprzona, ale pod wieczór zrobiła się bardzo ładna. Przejechaliśmy około 80km. 10km. od miejscowości Revelstoke znaleźliśmy taki sympatyczny biwak. "Sympatyczny", między torami a autostradą, jacyś Kanadole nocowali w swoim Vanie biwakowym. Przed uśnięciem budziły nas to pociągi, które jakby przejeżdżały koło naszych głów, jakiś odrzutowiec jechał. Piotrek raz wyskoczył, myślał, że coś się dzieje z naszymi rowerami, że ktoś przy nich buszuje. Nic się nie stało, usnęliśmy jak dzieci. Obudziliśmy się rano około 7, wpół do 8 była pobudka. Wstaliśmy i o dziwo pierwszy raz, chyba pierwszy raz szybko i w miarę sprawnie nam poszło: śniadanie, składanie namiotów i innego dziadostwa. Piotrek poszedł czatować na pociąg w pełnym rynsztunku. A ja sobie jeszcze dopijam herbatkę i jedziemy. Dzisiaj zadzwonię do Bałamuta, ciekawe czy przyjedzie, wątpię w to. Mamy już coraz mniej do przejechania, jeszcze może jakieś 300 - 350km do Calgary. Chyba nie jest źle. Pogoda jest śliczna, słoneczko świeci, lekkie chmurki są, wiaterek jest, tak więc możemy podążać z tym, że mamy dzisiaj ostro pod górkę. Jest 1 sierpnia, zjedliśmy sobie tym razem kasze z jakimś mięsem, gulaszem mielonym, przyprawiony był całkiem nieźle, tak, że odmiana była. Zobaczymy co będzie dalej. A od kilku dni komarów nie ma. Hurrrrraaaa

* Wyjeżdżając z Revelstoke nie widzieliśmy jaka nas miła niespodzianka spotka. Zrobiliśmy zakupy, na moście chciał mnie tir przejechać, skorzystaliśmy z internetu, wysłałem maile. Zaczęliśmy jechać do góry a tu patrzę, stoi ktoś i macha. Zatrzymali się, podjeżdżam bliżej, wysilam wzrok, a tu nasi sympatyczni znajomi z Calgary. Było miło i sympatycznie. Wzięli trochę szmelcu od nas, który był nam niepotrzebny. Dali pasztet i kiełbaskę polską i jedziemy dalej.

* Jedziemy w dalszą podróż po dłuższym przystanku na rest-area. Przemyłem sobie jajka gąbeczką, wodę czerpałem z rezerwuaru w kiblu, bo w kranach nie było. Jeszcze raz okazuje się, że gąbeczka jest nad wyraz przydatna.

* Wczorajszy nocleg to był maximum perwersum. Na 300m campingu prywatnego walnęliśmy się w las. Na campingu oczywiście elegancko poszedłem się wykąpać, dopadłem gorąca wodę. Ach, udanie było, miód, malina, tylko wszystko było poszyfrowane i trzeba było się wykazać sprytem, siłą spokoju, żeby wreszcie się wykąpać za free. Oczywiście było napisane "tylko dla gości", a ja przeciez jestem gościem ;). A teraz wspinamy się powolutku na Roger Pass. Dzisiaj jest 2 sierpień, zostało nam już nie dużo dni. 9 wylatujemy, więc dni dużo nie ma, ale myślę, że przynajmniej do Banff dojedziemy. W najgorszym wypadku z Banff autobusem. Tam zamkniemy pętlę, tak by wypadało. Podążamy do Gretchen. Wyjechaliśmy z Revelstoke i mamy do parku Gretchen jakieś 5km. I ciągle jest pod górę.

* Hura! Przejechaliśmy przełęcz Roger Pass, śmieszna przełęcz. W ogóle nastawialiśmy się na jakieś straszne przełęcze, tunele, przepaście przynajmniej z tej strony. A tak okazuje się, że nawet nie spuściłem na najmniejsza przerzutkę z przodu, tylko jechałem na 6, 7, 8 z tyłu i środkowa z przodu. Śmieszna ta przełęcz, tylko trochę zimno nam w dupę, deszcz padał, to było trochę chujowe, natomiast przełęcz bardzo łatwa. Jedziemy teraz zrobić zakupy i chyba zmykamy w dół, bo widoki nam się nie otworzą. Bardzo tu ładnie, podobno widać 3,5 tysiączniki, są dookoła z lodowcami, coś tam widać . Ale nie wszystko i tak mieliśmy dużo dobrej pogody. Może uda nam się niedziela. Najdalej w poniedziałek musimy być w Banff.

* Spaliśmy w budce strażnika na granicy parku, na parkingu z ładnym widokiem. Trochę się koleś bał na początku, ale wszystko było ok. jeszcze dostaliśmy ciastko od rodzinki jak się dowiedzieli, że jeszcze mamy do piłowania kawał drogi. Ciasto było dobre, życzyli nam życzyli nam dużo energii do pokonania tych górek. To jakieś chore, zjeżdżasz z przełęczy i musisz jeszcze pod górę później wjeżdżać. Bez sensu.

* Zrobiliśmy 130km. w dość ciężkim terenie, bo pod górę było praktycznie 70km. Wyjechaliśmy z granic Parku Gretchen, w miasteczku Golden był taki pokaz różnych starych samochodów i przerobionych oraz nowych stiuningowanych. Tam skorzystaliśmy z internetu, wypiliśmy po piwku, zjedliśmy dwie pity, czy jak to się nazywało i ruszyliśmy dalej. Dotarliśmy do granicy parku i miała zapaść decyzja czy jedziemy spać na dolnym parkingu. Było jeszcze w miarę pogodowo i godzinowo to pojechaliśmy dalej. Dotarliśmy do miasteczka Field (??), cały czas pod górę ze 30km. W miasteczku Field Było już ciemno, piździło sakramencko. Zjedliśmy coś, wypiliśmy jakąś cole z automatu. Zadzwoniliśmy do Banff i na pierwszym campingu rozbiliśmy się. Między miasteczkiem Field a tym campingiem wiatr był taki silny, że zwiewało nam rowery. Jechać się nie dało, koszmarny wiatr od przełęczy. Na campingu znaleźliśmy miejsce oczywiście bezpłatne, no bo tradycji musiało stać się zadość. Za chwilę wyruszamy na przełęcz 600m. z groszem. Potem do Lake Luis, Banff. Ten odcinek był na razie najdłuższy.

* Wylądowaliśmy w Lake Luis po ciekawej, śmiesznej przełęczy 1660m i tym samym zamknęliśmy pętle. Na przełęczy wiatr piździł straszelnie.

* Tym samym plan został w zasadzie wykonany. W Banff wypożyczyliśmy samochód i jeszcze przez 2 dni włóczyliśmy się po okolicy, zanim dojechaliśmy do Calgary, gdzie nasza przygoda z Kanadą się skończyła.