Gdzie Fiordy* z ręki jedzą


norwegia04


7.7

Pierwszy dzień za nami. Na lotnisku Okęcie w Warszawie w terminalu Etiuda bałagan, żeby nie powiedzieć inaczej. Trzy godziny stania do odprawy. Jakoś się udało. Samolot wyleciał z około godzinnym opóźnieniem. Na lotnisku pod Oslo super. Wszystko poukładane, jednak nawet na tanich lotach może być porządek. Niestety, nie u nas. Bagaż przyleciał cały, rowery też. Pakujemy się i dwie godziny po wylądowaniu ruszamy na podbój Norwegii. Sumki przemytniczki owijamy czarną folią i zostawiamy pod lotniskiem w krzakach, mając nadzieję, że będą na nas czekać. Na stacji benzynowej uczymy się tankować paliwo lecz kiepsko nam to idzie. Dopiero napotkany Polak pokazał, co i jak. Pierwsze koty za płoty. Po drodze w kierunku na Fagernes mijamy dwa długie i niedozwolone dla rowerzystów tunele. Na szczęście jest z górki. Jeden ma 3800 a drugi 1900 m długości. Dojeżdżamy do jeziora Randsfjorden i w miejscowości Brandbau rozbijamy namiot na placu zabaw przy szkole. Pierwszy dzień za nami. Pogoda była uprzejma i nawet nie padało.

8.7

Deszcz, deszcz, deszcz.
Jesteśmy cali mokrzy, nawet galoty mamy mokre, jakbyśmy dopiero co wyszli z basenu, a z rękawa wylała się woda. Brr... Udało nam się, praktycznie cały czas w deszczu, przejechać około 50 km. Nocleg znajdujemy ponownie przy szkole w miejscowości Hov. Udało nam się wynaleźć nowy drink o nazwie "norweska cocacola" w skrócie "norcola". Składniki: cocacola 1,5 litra, 250 ml ukraińskiego spirytusu, polski rowerzysta i 24 godziny wożenia tego na rowerze po górach i dolinach, fiordach i tunelach.

9.7

Ruszamy z rana około 10.00. Nawet nie pada. Ba, nawet słonko wygląda przez chmury; widać nawet błękit norweskiego nieba. Ucieszeni, pedałujemy pełni werwy. Na kempingu pakujemy ciuchy do suszarki i suszymy. Na samym początku ciężko idzie, ale jakoś się udaje. Pokrętło ustawiamy na symbol żelazka i po 30 minutach szmatki są suche.
Ruszamy dalej. Słonko coraz śmielej przebija się przez chmury, a my – bardzo ucieszeni tym widokiem, mocniej naciskamy na pedały. Czterdzieści kilometrów przed Fagernes spotykamy Rosjan. Pytamy o pogodę w górach, oni na to: 2 niedjele deszcz, a u nas w Pjetru 27 gradusow. Jedjom doma. To wszystko nam już powiedziało o miejscu gdzie jedziemy, o domu olbrzymów - górach Jotunhaimen.
Wjazd na przełęcz już w kroplach deszczu. Piętnaście kilometrów podjazdu i wysokość 750 m npm. Na przełęczy kisielek, herbatka i zjazd w dół. Oczywiście też w deszczu. Słońce przynajmniej dzisiaj walczyło z deszczem. Nocleg w budzie przy szkole w miejscowości Aurdal. Dziś otrzymałem smsa z pogoda: Oslo, dziś deszcz 17 C°, wtorek – czwartek możliwy deszcz (20-40% szans), 18-19 C°, piątek - niewielkie zachmurzenie, 21 C° (www.wunderground.com). Całkiem nieźle. Oraz, że Lepper został odwołany. Tylko wyjechałem, a już coś ciekawego dzieje się w kraju. Z tego akurat powodu nawet się cieszę.
Przed snem rozgrzewamy się norcolą.

10.7

Od rana leje. Nie ruszamy się z miejsca.
A jednak przestało lać. Pakujemy się i o 18.00 ruszamy. Z Aurdal do Fagernes tylko 12 km i do tego z górki. W Fagernes robimy zakupy i zjadamy chleb z cebulą, czosnkiem i tuńczykiem. Padł na nas blady strach, bo moja kuchenka MSRa przestała działać. Wcześniej rozpadła się na dwie części, a teraz kaput. Ale pomysłowy Baltazar ma zestaw ratunkowy i jakoś udało się wskrzesić ją do życia. Posileni jedziemy w dalsza drogę. Jedziemy tak do 0.30. Nocleg jak zwykle znajdujemy na terenie szkoły. Woda jest, tylko trzeba mieć kurek. Ale ja mam przecież kombinereczki. Woda nabrana. Herbata, kisiel. Pełnia szczęścia. O 2.00 idziemy spać, a na polu jeszcze jasno. Budzę się o 3.45 na siku, tez albo już jasno.
Dobranoc.

11.7

Rano obudził mnie oczywiście deszcz. Swawolnie bębnił sobie po tropiku namiotu, a w środku czuło się, jakby jakaś ulewa się przetaczała. Nie miałem ochoty zastanawiać się nad tym, jaki będzie dzień. Zamknąłem oczy i zasnąłem chyba na jakieś 60-90 min.
Obudził mnie Gregor wychodząc na fajeczkę poranną. Wrzasnął, jakby się paliło. No i się paliło! Niebo - słoneczkiem. Wreszcie zapaliła się lampka dobrego humoru. Może będzie w końcu lepiej. Najedliśmy się, podsuszyliśmy i około 11.00 ruszyliśmy w kierunku Bydgin drogą nr 51. Spokojnie, w słońcu (w temperaturze nawet 25 C°) dojechaliśmy do Bydgin, po drodze robiąc sobie postój przed wielką skałą.
Jak na te chwile, wstąpił w nas optymizm. Ruszyliśmy dalej pod górę dość ciężkim podjazdem drogą nr 51. Dostałem takiego kopa, że wjechałem tam ze średnią prędkością 10 km/h. Przy najwyższym punkcie 1389 m n.p.m. pamiątkowa fota i dalej w dół. Niestety zrobiło się jak zwykle zimno (6 C°) i zaczął padać deszcz. Brr... Nocleg na przełęczy w budzie bez dachu… Rozbiliśmy w środku namiot i z bólem przetrwaliśmy do następnego dnia, by w deszczu i zimnie (4 C°) wrócić do Bydgin i czekać na statek, którym mieliśmy zamiar przepłynąć jeziorko Bydgin i dostać się do miejscowości Eidsburgardes.

12.7

Namiot na szczęście, pomimo naciągu tylko na 3 linkach nie przeciekł. Sucho niestety też w nim nie było, ale dało się przetrwać. Pakujemy się w 20 min., w przerwie pomiędzy jednym a drugim deszczem, i już w deszczu przy temperaturze 4 C° wracamy do Bydgin. W Bydgin idziemy się ogrzać do kawiarni przy hotelu. Tam zamawiamy chyba najdroższą herbatę jaką piłem (10 zł), ale żeby dodać smaku dolewamy sobie "z bunkra" prundu, czyli żołądkowej. Aż zrobiło się lepiej. Na zewnątrz troszeczkę cieplej, około 7 C° i oczywiście deszcz, a raczej deszczyk. Czekamy cierpliwie, nic nam innego nie pozostało. Pepe napisał w smsie, ze idzie ku lepszemu. Jakoś tylko w to nie wierzę. Ludzie różne rzeczy gadają, żeby podtrzymać przyjaciół na duchu. A nam duch Odyna i wszelakie inne bóstwa Norwegii pokazują zupełnie co innego.
Ale jak mawiają starożytni Rosjanie: pożiwjom - uwidim. Zatem pożiwjom. Przed chwilą Greg zauważył trzech takich świrów jak my. Pojechali do domu olbrzymów, w góry Jotunhaimen. Odyn z nimi, z nami chyba go nie ma.
My za to w strugach deszczu pakujemy się na malutki stateczek - MS Bitihorn. Zaokrętowaliśmy się jako pierwsi. Rowerki przypięte na dziobie a my won pod pokład. Leje jak z cebra. Chyba na tej wyprawie nie będę miał co oglądać. Cały czas ściana deszczu. Temperatura 8 C°. Przepływamy w dwie godiny. jezioro Bidgin i ruszamy dalej. By znaleźć się na poziomie morza przy fiordzie Sognefjord w miejscowości Oure Ardal, musimy objechać niemalże całe jeziorko Tyin. Dookoła jeziorka cale stada hytt - domków letniskowych Norwegów. Podczas jednego z przystanków pomagamy tubylcowi wyciągnąć łódkę z wody. Widocznie i on stracił nadzieję na polepszenie pogody. Następny popas w budowanym hotelu na rozstaju drogi. Później jeszcze kilkanaście kilometrów i szaleńczy zjazd. Ale przed zjazdem naszym oczom ukazuje się cud. Tak, cud... Skrawek błękitu... Cóż za niespodzianka. Może jednak będzie lepiej. Po 15 minutach wszystko wyjaśnia nam deszcz. Nie będzie lepiej! Do Oure Ardal mamy jeszcze 20 km. Zaczyna się wspaniały długi zjazd. Szkoda tylko, że w strugach deszczu. Nie widać nic! Mgła, deszcz, deszcz, mgła. A tam zapewne są wspaniale widoki. Ech, Odyn nas już chyba zupełnie opuścił. W drodze w dół spotykamy trenującego kolarza. Zapytany o pogodę zrobił jednoznaczną minę. To tłumaczy wszystko.
Po wyjechaniu z chmur naszym oczom ukazuje się wspaniały widok miasteczka Oure Ardal i fiordu Sogne. Przypomniał mi się widok sprzed kilku lat, kiedy z Krzyśkiem Chojko podróżowałem po Norwegii. Cała dolina zasnuta była lekkimi chmurami z wznoszącymi się ku Odynowi pióropuszami.
Była godzina 23.00. Szybka narada i przejazd 12km odcinkiem do Ardalstangen na kemping. Mamy nadzieje wysuszyć się i wykąpać w gorącej wodzie. Do tej pory mył nas deszcz, więc czas najwyższy skorzystać z dobrodziejstw cywilizacji. Umyci i najedzeni kładziemy się spać około 2.00 w nocy.

13.7

Witam trzynastego w piątek. U nas trzynastego piątek jest cały czas. Chociaż ja się urodziłem trzynastego w piątek i nie narzekam. Do tej pory wiodę sobie miłe bez zobowiązań życie. Obudziły nas wrzeszczące niemożebnie ptaszyska. Udało mi się odpalić suszarkę do ubrań. Wysuszyliśmy ubrania oraz buty. Jak siedziałem w kibelku, to nad głową słyszałem łoskot suszących się w suszarce butów. Na szczęście udało nam się wysuszyć prawie wszystko z butami włącznie. Uff, co za ulga przynajmniej przez chwilkę jechać w suchych butach. Będziemy próbowali dostać się dziś do Kaupanger, a jutro może uda się zbliżyć do lodowca. W związku z pogodą pozmienialiśmy naszą "wypasioną" trasę na nieco mniej "wypasioną".
Trzynastego i w dodatku piątek okazał się dla nas szczęśliwym dniem. Odyn albo przysnął, albo sobie o nas na jakiś czas zapomniał. Od godziny 12.00 do końca dnia mieliśmy świetną pogodę. Słoneczko świeciło, że aż miło. Chmurki były miłe i grzeczne i nie spadła ani kropla deszczu. Wreszcie zobaczyliśmy kawałek Sognefjordu w całej krasie. Przepiękny widok. Dojechaliśmy spokojnie do przystani i przepłynęliśmy fjord promem do Mannheller. I od razu w trzykilometrowy tunel pod górę w kierunku na Kaupanger.
Tunel jest dość długi i cały czas pod górę. Wspięliśmy się chyba na jakieś 200 m n.p.m. Później krótka przerwa i zjazd do Kaupanger. Gregor dał się złapać, jak zresztą wielu innych na kościół typu staff. Ładny to on jest, ale nie ma nic wspólnego z tym choćby w Lom. Jest młody i bez inkrustacji staronorweskiej. Po morderczym, dwukilometrowym podjeździe z Kaupanger dojechaliśmy droga nr 5 do Sognal. Przypomniałem sobie tę miejscowość po moście nad fiordem. Byłem tu kilka lat temu, też na rowerku, z Krzyśkiem Chojko. Cały czas miałem w pamięci ten most, ale nie mogłem go zlokalizować. Teraz już wiem gdzie jest most z moich snów. Chcieliśmy się rozbić tuż obok kempingu nad fiordem, ale przegonił nas właściciel gruntu i jednocześnie właściciel kempingu. Wskazał miejsce o jakieś 3-4 km dalej w kierunku na Helle. I niepotrzebnie powiedział: no mony, no Norway. Gdyby nie ropa, to do dziś Norwedzy pasaliby owce i żyli w biedzie.
Obóz zacny, 50 m nad fiordem. O 1.30 kładziemy się spać.

14.7

Tak jak można było się spodziewać, Odyn odpoczywał do godziny 13.00. Po trzynastej zabrał się do pracy i zaczął sikać deszczem w rowerzystów z Polski. Leje cały czas, ale my twardo ruszamy w stronę Lom, zbaczając do Urnes pooglądać najstarszy kościół typu staff. Zdjęć robić się nie da, ale przynajmniej pooglądamy sobie motywy wikingów wmieszane w budowle sakralne chrześcijaństwa. Kościół w Urnes ma ponad 900 lat, został wybudowany w 1130 roku i nie został zniszczony. Nie zjadł go żaden pożar, a ludzie traktują go jako dobro narodowe. Kiedy tak będzie u nas, kiedy nie spłonie żaden stary kościółek, czy cerkiew. Ostatnia spłonęła cerkiew w Komańczy, aż żal było patrzeć na pogorzelisko. A tu nie ma prawa nic się takiego stać. Tu są pieniądze na zabezpieczenia takich cudów, na edukację ludzi.
Przecież to jest spuścizna narodowa, lata tradycji, historia. Na takich cudach cały cywilizowany świat zarabia. Ech, rozmarzyłem się siedząc w środku promu do Urnes (27 koron) przez 20 minut bez deszczu!
Kościółek staff w Urnes jest malutki, podobny do małych kościołów w Bieszczadach, tylko wieżyczkę ma bardziej strzelistą. Na jednej stronie ma motywy staronorweskie, strona od fiordu jest jaśniejsza. Zapewne deszcz i wiatry przez 900 lat zrobiły swoje. Aby wejść do środka należy zapłacić 45 koron, czyli nieco ponad 20 zł. Dookoła kościółka jest cmentarz z płytami nagrobnymi z XVIII, XIX i XX wieku.
Przy kościele jest knajpka, toaleta i hotelik. Aby dostać się z promu do staffkirke trzeba się mocno napedałować. Dwukilometrowy podjazd jest bardzo stromy. Ale warto. Widok przy dobrej pogodzie jest rewelacyjny. Po zwiedzeniu otoczenia kościoła ruszyliśmy dalej wzdłuż fiordu. Oczywiście Odyn o nas nie zapomniał i oblewał nas co chwilkę strugami deszczu. Pomimo tego, droga i widoki były super. Dróżka wiła się, to wznosiła, to opadała do fiordu. Po drodze minęliśmy dwa ciemne i zimne tunele. Znak przed nimi przypominał rowerzystom o zapaleniu lampek. Jakieś 5 km przed połączeniem się dróg, nr 55 i naszej znaleźliśmy rozciągnięty pomiędzy drzewkami hamak i kartkę przybitą na jednym z nich mniej więcej o treści: wyluzuj, odpocznij, nie ma się dokąd śpieszyć. Miłe zjawisko na deszczowej trasie. Dojechaliśmy do Skjolden; dalej do Fortun i znaleźliśmy nocleg na złomowisku samochodów w starym busiku. Złomowisko jest naprzeciw stacji benzynowej. Wreszcie mamy swojego kamperwana (hihihi...).
Po drodze minęliśmy dwa przepiękne wodospady. Użyłem statywu, aby zrobić fotki, może coś z tego wyjdzie. Jest godz. 0.07 i wciąż jasno. Odyn chyba usnął ze zmęczenia, bo jakoś deszczu brak w tej chwili. Jutro czeka nas z...sta wyrypa.





15.7

Godz. 9.00 - leje, 10.31 - leje, 11.00 – leje... A my sobie leżymy i czytamy przewodnik Pascala.
Godzina 14.00 lać przestaje - ruszamy w kierunku na Lom. Wyrypa straszna. Czasami zaczyna brakować energii. Na początku jest 18 C°, ale cały czas temperaturka spada. Widoki przepiękne, gdyby tylko chmury ich nie przesłaniały. Ale cóż zrobić. Widziałem Norwegię skąpaną w słońcu, teraz widocznie przyszło mi oglądać Norwegię deszczową i zimną. Ale jakoś dajemy radę. Na drodze wąskiej jak papier toaletowy i takiej też pokręconej czasami tworzą się korki. Ale kierowcy są zdyscyplinowani i radzą sobie z tym. Jeden zatrzyma się wcześniej i przepuści innych. Nawet na nas czekają. Ba nawet nas nie wyprzedzają. Robią to dopiero, gdy albo ich puścimy machając ręką, albo mają na tyle miejsca, że mogą nas wyminąć, zjeżdżając na drugą stronę. Kultura kierowców jest tu WIELKA. Polskim kierowcom daleko do takiej jazdy. Ech, szkoda gadać... Robimy co jakiś czas postoje. Trzeba posilić się batonem i dostarczyć organizmowi nową porcję energii. Temperatura spada do 11 C°. Koszulki są mokre od potu. Na szczęście Odyn stał się dla nas łaskawszy i nie oblewa nas zimną wodą z chmur. O dzięki Ci, Odynie. Ostatkiem sił dojeżdżamy do Turange - posiłek, gorący kisiel i po pół godzinie ruszamy dalej. Zastanawiam się dlaczego tak mało pamiętam z tej trasy. Przecież jechałem nią z Krzyśkiem Chojko kilka lat temu. Może dlatego, że jechałem w dół i nie zdążyłem niczego zarejestrować. Droga na długości 10 km wspina się od 100 m do prawie 1000 n.p.m. Fuck… Coraz zimniej, a do kibelka jeszcze 5 km. Temperatura spadła do 7 C°. Zajefajną zimę mamy tego lata w Norwegii. Brr... Po 14 km podjazdu zobaczyłem znak: WC 400 m. Uff, co za ulga. Za chwilkę postój i sen w ciepłym, suchym i czystym hotelu. Hihihi… WC - wonderfull camping. Kibelek posiada: po pierwsze - ciepłą wodę, po drugie - suszarkę do rąk, po trzecie - jest czysty, i - po czwarte - ma dwa kibelki, w tym miejsce dla inwalidy. Idealny na nocleg dla zmęczonych i zziębniętych rowerzystów.
Na "kempingu" poznaliśmy parę Niemców z psem. Okazało się, że Jana zna rosyjski. Była dwa razy na Kamczatce i ma swojego kampervana. Super ludzie. Podeszli do nas z herbatą, później przynieśli włoską samogonę, a na koniec chlebek, ser żółty i salami. Uff, super uczta. Po 15 km jazdy i 1100 metrach w pionie, było to bardzo mile. Sporo podróżują i wiedzą co to jazda rowerem w takich koszmarnych warunkach. My poczęstowaliśmy ich zakupionym w Niemczech winem z proszku. Tak tak… Winem z proszku. Zalewa się saszetkę proszku i ma się 8% wino. Może nie jest to Bordeaux rocznik 1985 ale jednak wino. Smakiem przypomina Perełkę Bieszczadzką lub Kniaziowskie. Ciekawe kiedy będzie spirytus w proszku? Wtedy norkola będzie łatwiejsza w wyrobie. Naukowcy, bierzcie się do roboty, potrzebny spirytus w proszku.
Wybiła godzina 00.00. Dookoła naszego Ritza tumany chmur. Na dobranoc opowiem zagadkę zgodną z naszym miejscem noclegowym. Nagroda jest postawienie nam piwa. Zagadka brzmi: co powodują i dlaczego niepuszczone bąki?

16.7

A dziś nie leje! WC czyli wonderfull camping okazał się zbawienny. Całe szczęście, że tam był, bo pojechalibyśmy dalej. Rano obudziliśmy się przed przybycie czyściciela wonderfull campinga. Zdążyliśmy się spakować i nawet zjeść śniadanko. Deszcz nie padał i zrobiło się kilka niebieskich plam nad głowami. Tak jakby Olbrzymy z Jotunhajmen pokłóciły się z Odynem o to, czy ma być deszcz czy słoneczko nad ich domem. No i wygrały. Przez cały dzień nie padało, o dziwo. Troszeczkę nas to zestresowało, nie mieliśmy ze sobą kremu do opalania. Hihihi.
Przejazd droga nr 55 przez Jotunhaimen był wspaniały widokowo. Góry w śniegu i gdzieniegdzie zawieszone małe lodowce. Cud malina. Dlaczego dopiero teraz taka pogoda? Może Olbrzymy faktycznie wygrały z Odysem? Na trasie mnóstwo lemingów. Podobno co kilka lat ich populacja gwałtownie wzrasta. Naukowcy nie wiedzą czym to jest spowodowane. My też nie wiemy i wiedzieć nie chcemy. Lemingi kojarzą mi się z mypingami z "Porwania Baltazara Gąbki". Kojarzą, ale tylko z nazwy. Góry Jotunhaimen w słońcu są wspaniałe. Po jednym tylko takim dniu, można zostać norwegofilem. Osobiście znam dwóch takich typów. Jednym jest niejaki Konrad Konieczny (www.norwegofil.pl), a drugi to Przemek PePe Pawłucki (www.rower.orbit.pl). Gdyby jeszcze pogoda była cały czas taka jak dziś. Ech, marzenie… Trzy kilometry przed najwyższym punktem Jotunhaimen, 1434 m n.p.m. - zobaczyłem WC i kwadrat wycięty w granitowym bloku. Kilka lat temu byłem w tym miejscu z Krzyśkiem Chojno, także rowerem. Z najwyższego punktu trasy szaleńczy zjazd w dół do Lom. Maksymalna prędkość jaką osiągnąłem to 75 km/h. Chciałem dobić do 100, ale zakręty nie pozwoliły. Kiedyś w Alpach osiągnąłem 89 km/h i jest to mój rekord prędkości z sakwami. 30 km przed Lom jest wspaniale miejsce na kemping w lasku sosnowym. Kibelek ma podgrzewaną podłogę, ciepłą wodę i super dmuchawę. Zjedliśmy tam posiłek i ruszyliśmy dalej do Lom. W Lom koronnym punktem jest kościół typu stav. Kościoły te - stavkirke, to kościoły szkieletowe, drewniane, budowane bez użycia gwoździ. Trzon konstrukcji stanowią pionowe, osadzone w ziemi słupy narożnikowe (stave), do których przymocowane są poziome deski progów górnych i dolnych, do nich zaś pionowe deski stanowiące właściwą ścianę kościoła.
Kościół w Lom widziałem po raz drugi. Teraz także wywarł na mnie ogromne wrażenie swoją prostotą.
W Lom zrobiliśmy szybkie zakupy: norweska cola (3,5 koron), fasolkę w puszce (3,9 koron), chleb (11 koron) oraz pół kilograma sałatki ziemniaczanej(14 koron), którą skonsumowaliśmy na ławeczce pod sklepem. Po dokonaniu tych zacnych zakupów, odjechaliśmy w siną dal w kierunku na Stryn droga nr 15. Po przejechaniu około 25 km, za miejscowością Bismo znaleźliśmy miłe miejsce na biwak, nad rzeką Otta. Miejsce z ławeczkami, bez kibelka niestety, ale za to za darmochę. Jest zejście na plażę i można wymyć sobie newralgiczne części ciała. Posileni norkolą lajt (kończy się ukraiński składnik drinka), najedzeni idziemy spać. Jutro też jest dzień. Oby nie padało!
Godzina 1.00 i nie pada! Cud!

17.7

Dziś otrzymałam poniższą informacje:
"Pretensje na temat pogody (a zwłaszcza deszczu) prosimy kierować do szwagra Odyna - Freyra (w sąsiednim departamencie, zakres obowiązków: pokój,płodność, urodzaj, bogactwo i deszcz ); jeśli pojawiłyby się problemy z piorunami, to wtedy proponujemy kontakt z Thorem (wojna, dom, rodzina, trzoda, pioruny). Odyn, z zakresem obowiązków: wojna, mądrość, poezja, czary, oraz prezes naczelny nie jest osobą odpowiednią do odwoływania się w kwestiach pogody."
Jak widać zatem popełniłem błąd, kierując prośby o pogodę od razu do szefa. Może dlatego Freyer się denerwował i pomimo nakazów szefa Odyna spuszczał na dwóch frajerów z Polski deszcz. Od dziś będę słowa mojego niezachwytu pogoda kierował do Freyera. Ale czy to coś zmieni? Dziś nic nie zmieniło. Od rana pada jak zwykle. A do Briksdal mamy jeszcze spory kawałek.
Godz. 15.00 cały czas pada z przerwami na kapuśniaczek norweski. Po drodze mijamy wspaniale bystrza na rzece Otta, niestety padający deszcz uniemożliwił nam podziwianie ich piękna.
Godzina 18.00 - leje jak z cebra. Mamy już dość takiej zasranej pogody!!! Udało nam się dojechać do krzyżówki drogi nr 15 z drogą do fiordu Gairanger, wcześniej posilając się w kibelku trzy kilometry za Grotli. WC męskie jest dość obszerne. Jak zamknie się drzwi, to i ciepło się robi. Z krzyżówki strugach deszczu dojechaliśmy pod schronisko na wysokości 1030 m n.p.m. Zmoknięci i zziębnięci chcemy jak najszybciej znaleźć jakiś kemping, aby się wysuszyć. Zjeżdżamy w dół do fiordu. Cały czas leje, temperatura spadła do 8 C°. W dole, przez dziury w chmurach, widać majaczące światełka miejscowości Gajranger, a być może jakiegoś promu pełnomorskiego.
Przypomniałem sobie, że na zjeździe jest zielony domek. Tam też już po raz drugi rozbiliśmy obóz. Pierwszy raz tam spałem kilka lat temu. Nie przypuszczałem nawet, że po jakimś czasie znów tu się pojawię.
Gorąca herbata działa jak najlepsze lekarstwo na zimno i deszcz. Kładziemy się spać o 1.00. Oczywiście pada.

18.7

Godzina 8.00 - pada i nic nie widać. Godz. 12.00 - nie pada i nic nie widać. Do dna fiordu Gajranger mamy 800 m w pionie. Gdy nie ma mgły, widok z naszego legowiska oraz z całej trasy w dół jest przepyszny. Jednak widoków na polepszenie pogody nie ma żadnych. Zjeżdżamy dziś na kemping w Gajranger aby się podsuszyć i zdecydujemy jutro co robić dalej. Pchać się w góry w taką zasraną pogodę nie ma najmniejszego sensu. Biletów przebudować, niestety, się nie da. Chyba cały panteon bóstw skandynawskich nastawił się przeciw nam.
O godzinie 14.04 dostaje sms-a od PePe o treści: Widzę słońce nad Geiranger :-)
Wyglądam z namiotu i faktycznie mgła się podnosi. Widok na fiord i drogę orłów fantastyczny. Jednak chyba coś się w pogodzie zmienia. Oby jutro było tak jak teraz, kiedy będziemy płynąć promem przez fiord.

19.7

O dziwo nie pada. Znaczy padało około 7.00, ale o 8.30 już nie i nawet z zielonego domku nad fiordem widać i Gajrangerfjord i Drogę Orłów. Może idzie ku lepszemu? A morze jest szerokie i głębokie… Nad Gajranger wiszą czarne chmury i co chwilkę siąpi z nich deszcz. Teraz siedzimy na kempingu i suszymy w maszynie nasze ciuchy. Jak będą już suche to popłyniemy przez deszczowy fiord w kierunku lodowca, a za dwa dni skierujemy się do znajomego pod Oslo. Nie liczymy już na poprawę pogody. Jest cały czas zimno i deszczowo. Co za kraj… Z kempingu ruszamy w dół do fiordu Gajranger. Z punktu widokowego na zjeździe widać zakotwiczone dwa pełnomorskie promy. Wygląda to rewelacyjnie. Tak, jakby wielkiego karpia wpuścić do małej wanny. Turyści z promów dowożeni są na brzeg małymi łódkami. Gajranger jest jednym z nielicznych fiordów, do którego mogą zawijać pełnomorskie statki. Głębokość fiordu sięga nawet ponad 1300 m. Kiedy lądolód rzeźbił powierzchnię dzisiejszej Skandynawii, to miejsce musiało wyglądać ciekawie. W samym porcie ruch i rejwach jak na Marszałkowskiej w godzinach szczytu. Kupujemy kartki i uciekamy na prom. Mamy zamiar przepłynąć nim 20 km fiordu do miejscowości Hellysylt, by z niej ruszyć w kierunku na Stryn i dalej do Lodowca. Rejs ciekawy, jednakże pogoda nie jest najlepsza. Nad fiordem wiszą chmury, wieje dość silny wiatr i czasami kropi deszczyk. Mimo tego siedzimy na otwartym pokładzie, aby obejrzeć trasę. Przepływamy obok wodospadu "Siedem sióstr" oraz farm zawieszonych nad stromym urwiskiem, do których dostać się można tylko z wody. Krążą opowieści o takich farmach, że w przeszłości rodzice przywiązywali dzieci do np. drzewa, aby podczas zabawy nie pospadały w wodę. Ogólnie fiord Gajranger uważany jest za najpiękniejszy w Norwegii. Na mnie nie wywarł on wielkiego zachwytu. Może dlatego, że pogoda była nijaka, a może dlatego, że wcześniej widziałem wspaniałe fiordy w Nowej Zelandii w pełnym słońcu. Po ponad godzinie, tyle trwa rejs, wydostaliśmy się na ląd w Hellysylt. Tam zrobiliśmy zakupy i ruszyliśmy dalej. Oczywiście musieliśmy wspiąć się na wysokość około 400 m n.p.m. Później zjazd do fiordu, by znów wznieść się na ponad 200 m i znów opaść do poziomu morza. O godzinie 1.30 w nocy (a raczej w szarówce) rozbiliśmy obóz na objeździe tunelu za miejscowością Stryn. Do lodowca mamy już zaledwie 40 km. Jednakże pojawił się problem natury medycznej. Gregor doznał kontuzji mięśnia pod kolanem, lub co gorsza ścięgna. Może to spowodować ukończenie naszej wycieczki przed czasem. Jednakże jestem dobrej myśli, że wszystko będzie dobrze.

20.7

Dzień zaczął się świetnie. ¦wieci słońce, widać błękit nieba, jest ciepło i przede wszystkim nie pada. Oby tak dalej. Udało nam się pryszcza wysuszyć. Znaczy namiot.
Dziś chyba uda nam się dojechać w końcu do Lodowca. A później to już tylko w kierunku domu. Ze względu na kontuzję Gregora, będziemy starać się nie forsować jego nogi. Jeśli będzie źle, to wsiadamy w autobus do Oslo. Nie ma sensu ryzykować zdrowiem.
I udało się nie tylko dojechać do Lodowca, co nawet dostać się do jego doliny i niemalże go dotknąć. W Olden drogą nr 60 skręciliśmy w lewo i malowniczą doliną, mijając trzy zimne jeziorka dojechaliśmy na parking w Briksdal. Słońce świeciło świetnie i oświetlało fantastycznie dolinę lodowca. Z drogi widzieliśmy długi jęzor zwisający niemrawo. Wydawało się, że to właśnie o ten jęzor chodziło. Ale na szczęście nie. Weszliśmy po ścieżce do doliny Lodowca, przechodząc pod rozbryzgującym wodę wodospadem. Stamtąd jeszcze 10 minut i znaleźliśmy się nad jeziorkiem, po którym pływały "góry lodowe". Przed nami zwisał jęzor lodowca Jostedalsbreen. Kilka lat temu jęzor był dłuższy, ale ostatnio skrócił się znacznie. Zrobiliśmy kilka fotek, wyłowiliśmy jedną z "gór lodowych" i ostentacyjnie wypiliśmy wiezioną z Polski whisky z lodem z lodowca. Troszeczkę nas to "zmuliło", ale po dojściu do rowerów było już dobrze. Jazda w dół i 9 C°. Nocleg przy drodze nr 15, jakieś 5 km od Olden w stronę Byrkjelo.

21.7

Z Olden do Brykajlo trasa jest malownicza, ale podjazd z 0 na 600 m n.p.m. okazał się niezmiernie ciężki. Przy 25 C° pot lał się z nas strumieniami. Osiem kilometrów (tyle wynosi podjazd) jechaliśmy ponad 3 godziny. Na przełęczy parking i kibelki z ciepłą wodą. Na szczęście nie musieliśmy korzystać z suszarki. Zjazd równie szaleńczy jak ciężki podjazd, 7% nachylenia w dół. Trzeba uważać, aby się obręcze nie usmażyły. Widoki też są zacne. Widać ciężką pracę lodowca, jak szorował po ścianach doliny. Przy pełnym słońcu, lśnią jakby były z krzemionki a ściany jakby były pokryte miką. W dole widać maleńkie domki Norwegów.
Jedziemy dalej w kierunku na Sogndal. Po wyjeździe z Brykajlo widać fantazyjną górę. Wyglądem przypomina ogromnego dinozaura, tyranozaura lub diplodoka. Przy zbliżeniu się można dostrzec także drugą górę, która z pierwszą tworzy całość gada. Widok zaiste interesujący. Jak to przyroda potrafi przez miliony lat wyrzeźbić takie kształty. Droga na Skiel wlecze się dość leniwie pod górkę, by później, tak samo leniwie, opaść do samego miasta.
Krótki postój na stacji benzynowej i ruszamy w kierunku tunelu na drodze nr 5. Trzynaście kilometrów lekko pod górę, wznosząc się z końcem przez 2,5 km 8% stromizną...
Dojeżdżamy do bramy do piekła. Postój i złapanie oddechu i jazda do piekła. 6,5 kilometrowa dziura robi wrażenie. Na szczęście biegnie lekko w dół. Ruch o godzinie 23.00 prawie żaden, więc możemy spokojnie przedostać się na drugi koniec tunelu. I tu miła niespodzianka. Widać jęzor lodowca i jest świetne miejsce na biwak. Są kibelki, jest woda i mamy jedno piwko 0,33 l. Ale będzie uczta. I była. Piwko smakowało ekstra, do tego herbatka różana z dodatkiem żołądkowej. Miodzio, po prostu miodzio.

22.7

Rano śniadanko i odwiedziny następnego języczka Lodowca. Lodowiec w górach Jotunhaimen jest największym lodowcem Europy kontynentalnej. Jęzor zawieszony jest dość wysoko i wygląda, jakby zaraz miał odpaść od skały. Oczywiście jest pod nim małe jeziorko. Jeszcze w 1965 roku mieszkali tam ludzie i wiedli ubogie, pasterskie życie. Lodowiec od XVIII wieku cofnął się dość znacznie, co pokazane jest na planszy informacyjnej.
Po obejrzeniu tego, co było do obejrzenia, zjeżdżamy w dół do Feajrland, by wstąpić do Centrum Lodowców. Pokazano tam historię i fazy tworzenia lodowców na świecie. Jest także rowerek, który przelicza energię jaką się wydatkuje poprzez pedałowanie na ilość stopionego lodu. Mi przez 30 sek. udało się stopić około 6 gram lodu i wyprodukować około 0,89 kW mocy. Chyba całkiem nieźle. W przyszłości można będzie zatrudniać rowerzystów do produkcji energii elektrycznej. W kinie Centrum wyświetlany jest wspaniały, panoramiczny film o górach Jotunhaimen. Warto go obejrzeć. Jest zrobiony w najnowszej technologii. Ogląda się go na 5 ekranach, a obraz jest przesyłany z 5 niezależnych rzutników. Coś wspaniałego dla oka i ucha.
Po centrum udaliśmy się na prom do Helli (190 koron z rowerem). Miasteczko, z którego odpływa prom, jest jednym wielkim antykwariatem. Kiedyś, gdy nie było tunelu, pełniło funkcje ważnego portu, teraz życie w nim płynie dość monotonnie. Płynąc promem przez fiord można podziwiać ciekawe widoki otaczających gór. Z Helli drogą nr 55 udaliśmy się do Sogndal i do Kaupanger, gdzie rozbiliśmy namiot w lasku przy sztucznym malutkim jeziorku. Zaraz na początku zjazdu do Kaupanger zaczyna się ścieżka rowerowa i tuż przed nią jest "wjazd" na plażę. O godzinie 23.00 zaczął padać deszcz. A było już lepiej!

23.7

Zaokrętowaliśmy się w deszczu na prom do Gudwangen (200 koron). Z Kaupanger nie ma promów do Leardal. Tak nas poinformowała obsługa promu do Gudwangen.
Płynie z nami wycieczka Japończyków, robiąca więcej szumu niż wszystkie okoliczne mewy. Ktoś kiedyś wyliczył, że około 4 mln Japończyków podróżuje bez przerwy po świecie. Całkiem niezły sposób na powiększenie terytorium kraju. Hihihi… Jakoś będziemy próbować dostać się do Flam, by dalej flamsbaną dostać się do Myrdal i odbyć ostatni etap wycieczki po Norwegii, wiodący przez płaskowyż Hardangervidda i ścieżkę rowerową Rahalvegen. Już raz nią jechałem, niestety w deszczu. Chyba tym razem też nie będzie lepiej. Pożiwiom uwidim, jak mawiają starożytni Rosjanie.
Z Gudvangen pojechaliśmy autobusem do Flam. Podczas oczekiwania na autobus posililiśmy się nieco i spotkaliśmy kierowców autobusu z ... Przemyśla. Wieźli ukraińską wycieczkę. Od nich dowiedzieliśmy się, że CBA aresztowało wiceprezydenta Przemyśla za korupcję, że niejaki Lepper zwyzywał Kaczyńskiego. Ech, tylko na chwilkę człowiek wyjedzie z kraju i już jest przewrót. Leppera akurat nie żałujemy. A może jak następnym razem gdzieś wyjedziemy, to ziści się wizja Kazika z ostatniej jego pieśni? W Polsce wszystko jest możliwe.
Na przystanku poznajemy bardzo miłą dziewczynę. Zagadujemy po angielsku, a ona do nas po polsku. ¦wiat jest mały. Wszędzie Polacy. Podróż przez tunele była miła i sympatyczna. Ola uśmiechała się ślicznie. Zaprosiliśmy ją na przemyskie stoisko na targach turystycznych w Poznaniu.
We Flam nabyliśmy bilet na tzw. Flamsbanę. O godzinie 17.25 jedziemy zmierzyć się, ja po raz drugi, z najpiękniejszą - podobno - trasą rowerową Norwegii. Jeśli nie będzie padać, to wreszcie może coś zobaczę na tej trasie.
Flamsbaną dojechaliśmy do Myrdal (860 m n.p.m.) i rozbiliśmy obóz poniżej stacji. Obok kilka innych namiotów piechurów. Greg chciał jechać jeszcze dziś na trasę, ale chyba zakumał, że nie ma sensu po nocy - choć tu nie ma nocy - ruszać na trudny, górski szlak. Mamy sporo czasu do samolotu, więc nie ma sensu gonić, zwłaszcza że pogoda zimna i deszczowa, a tu góry są. W wagoniku flamsbany usiedliśmy obok Norwega i duńskiego małżeństwa; wymieniamy informacje o pogodzie, podatkach, Unii Europejskiej. Od Norwega dowiadujemy się, dlaczego Norwegia nie jest w UE. Przeciw wstąpieniu Norwegii do UE w dwóch referendach opowiedziało się 52% obywateli (frekwencja była bardzo wysoka). Norweg wyjaśnił nam, że to głównie rybacy opowiedzieli się przeciw wstąpieniu. I oni jako grupa zawodowa powiedzieli stanowcze nie wszelkim unormowaniom unijnym w zakresie rybołówstwa. Stwierdził jednak, że za jakiś czas jego kraj przystąpi do UE. Za jaki, tego nikt nie wie.
O godzinie 23.00 kładziemy się grzecznie spać. Jutro czeka nas ostatnie wyzwanie wyprawy w norweskie góry i fiordy, ostatnie z krainy trolli i wikingów. Oby Odyn i cały panteon bóstw norweskich nam sprzyjał.

24.7

Rallalvegen.
Na tej ponoć najpiękniejszej ścieżce rowerowej Norwegii, gdzie można zobaczyć kraj Wikingów w pigułce byłem już 6 lat temu. Niestety, lało od rana i widać było tylko ścieżkę i kapiącą z nosa wodę wymieszaną z potem. Dziś było zupełnie inaczej. Pot kapał, ale deszczu jak na lekarstwo.
Wyruszyliśmy z Myrdal około godziny 11.00. Najpierw zjazd, a później podjazd. Temperatura idealna dla rowerzysty - 14-19 C° i bez wiatru. Pomyślałem sobie, że wreszcie za drugim razem coś na tej ścieżce zobaczę.
Jazda wokół jeziorka a następnie ostra wspinaczka w górę na płaskowyż. ¦cieżka nie jest normalną drogą rowerową wylaną asfaltem czy betonem. To pozostałość po budowniczych kolei Bergen-Oslo. Nie będę jej opisywał, ponieważ opis został dość dokładnie zrobiony przez Przemka Pawłuckiego i jest na naszej stronie.
Powiem tylko, że widoki są fantastyczne, a trasa od Myrdal do Finse wyczerpująca. Na drodze do Finse musieliśmy pokonać ponad 40 śnieżnych przeszkód, czyli śniegu zalęgającego na trasie. Jedne łatwe, inne trudne, jedne krótkie, inne długie. W stronę Finse jak zwykle jechaliśmy sami. Myślałem, że jesteśmy największymi "frajerami" jakich ta ścieżka widziała, ale na szczęście są więksi. Na trasie spotkaliśmy rowerzystę na monocyklu. Monocykl to taki jednokołowy rower cyrkowy. Mogliśmy się spodziewać wszystkiego, nawet psa wożonego w plecaku, ale nie takiego pokręceńca. Jak go zobaczyliśmy, uznaliśmy, że jesteśmy przy nim malutcy, co dodało nam siły na pokonanie dalszej części trasy. Trzydzieści siedem kilometrów z Myrdal do Finse pokonaliśmy w 7 godzin. Po przyjeździe do najwyżej położonej stacji kolejowej Norwegii 1222 m n.p.m. spotkaliśmy rowerzystów z Łodzi. Poczęstowali nas naleweczką i prawdziwym Tyskim. Po 2,5 tygodniach bez piwa, każdy łyk był jak ambrozja. Powiedziałem do Gregora, że zaraz po powrocie z lotniska zamawiam pizzę wegetariańską, borynę na Hawajach i kilka piw. O godzinie 1.00 w nocy grzecznie położyłem się spać. We środę ruszamy do Hogastyl i dalej do Geilo. Teraz to już lajcik powinien być.
Na całej trasie, bez względu na pogodę można spotkać całe rodziny norweskie. Jeżdżą ludzie od dziecka do staruszka. Dzieci od małego oswajane są z przyrodą, uprawiają sporty razem z rodzicami i nierzadko dziadkami. Nie jest niczym dziwnym widzieć, jak małe dzieci kąpią się pod okiem rodziców w lodowatym strumieniu. Ale jak ktoś kiedyś powiedział: w zdrowym ciele, zdrowy duch!

25.7

Ruszyliśmy z Finse w kierunku Hogastyl około 11.00. Cały czas mijaliśmy rodzinki z dziećmi małymi i większymi, robiące sobie piknik itp. Jazda do Hogastyl minęła dość szybko. Ta część trasy Rallarvegen nie jest już tak ciekawa, jak z Myrdal do Finse. Na trasie, jakieś 5 km przed Hogastyl przykuł naszą uwagę kibelek. Kibelek ów był bardzo gustownie urządzony z wyklejonym widoczkiem gór w kształcie okna, portretem rodziny królewskiej i kilkoma kolorowymi gazetami. Oczywiście, był czysty i pachnący. A była to zwykła sławojka. Ktoś miał pomysł, aby taki kibelek zmajstrować. W Hogastyl zatrzymaliśmy się przy wypożyczalni rowerów i nabyliśmy odznaki z Rallalvegen. To już moja druga taka odznaka. Pomachaliśmy do kamerki internetowej, przez którą spoglądał na nas Pepe w Przemyślu. Po zjedzeniu loda pojechaliśmy drogą nr 4 do Gailo. Kilka podjazdów i zjazdów i 22 km dalej byliśmy w Gailo. Tam żarełko w postaci sałatki ziemniaczanej, mleka i pepsi. Niestety, musiałem też wymienić oponę. Jakoś nie wiedzieć czemu wybulwiła się symetrycznie z dwóch stron. Nigdy bym nie przypuszczał, że maraton schwalbe xr zrobi mi takie kuku. Na szczęście miałem zapas. Zawsze mam. Wymiana zajęła około 40 min.
Z Galio ruszamy drogą nr 40 w kierunku na Konsberg. Zaraz za Galio jest pierońska wyrypa, 7-9% przez około 4 km. Ale jesteśmy już wprawieni i robimy tylko trzy krótkie postoje. Później pieroński zjazd, na którym osiągnąłem prędkość 75 km. Nie jest to zawrotna prędkość, kiedyś w Alpach miałem 89 km/h.
Z drogi nr 40 skręcamy w Lie w lewo, aby ominąć dwa następne zabójcze podjazdy. Zaraz za wjazdem w tę drogę, na polanie zobaczyliśmy olbrzymiego łosia. Popatrzył na nas spode łba i powoli oddalił się w las. Po przejechaniu około 15 km znaleźlismy miejsce na biwak przy potoku. Przez cały dzień nie padało i świeciło słońce.

26.7

Ruszamy do Rodbergu, skąd odbiera nas brat Pepe - Ziemek.
Droga malownicza, ale dość monotonna. Las, osuwiska kamienne, hyty, zjazdy, podjazdy. I tak przez 40 km. Przed samym Rodbergiem szaleńcze serpentyny i jazda w dół. Kilka razy musieliśmy się zatrzymać, aby obręcze się nie przegrzały od tarcia. W Rydbergu zakończyła się nasza deszczowa przygoda z krajem fiordów, trolli i wikingów. Deszcz oczywiście i dziś nie ustąpił. Padał w niewielkich ilościach, ale padał.

27.7

Odpoczynek i sen w normalnych łóżkach. Co za ulga. Nie pada. Na interku poczytałem o kretynizmach naszej, pożal się Boże, koalicji. Ech, głosujesz, chodzisz na wybory, a wybrani panowie/panie robią później z ciebie wała. Wstyd!

28.7

Zwiedzamy Oslo i okolice. Muzeum wikingów, Kon-tiki, Ra oraz centrum Oslo. Dostaliśmy autko do przemieszczania się. Stara renóweczka, ale jara.
Kiedyś już widziałem te muzea, ale czas odświeżyć pamięć.
Okazało się jednak, że Oslo nie może wytrzymać bez deszczu nawet kilku godzin. Podczas zwiedzania, kilka razy padał duży deszcz. Nie pozwolił nam na zwiedzanie parku z rzeźbami. Poprzestaliśmy na muzeach i centrum Oslo. O ile jazda po Oslo nie sprawiała nam większych problemów, o tyle odnalezienie domku Ziemka w Scotselv nastręczyło sporych problemów. Krążyliśmy po wsi dobrą godzinę, zanim udało nam się trafic na miejsce. To był ostatni nasz dzień w "słonecznej" Norwegii.

 

Podsumowanie:

Plan wypełniliśmy w ponad 60%. Z 1500 km zaplanowanych, przejechaliśmy 1100. Większość w deszczu. Z atrakcji udało nam się zobaczyć w pełnym słońcu dwie - jęzor lodowca w Briksdal oraz drogę przez Góry Jotunhaimen. Reszta atrakcji była widoczna w deszczu lub w przerwach pomiędzy nim. Zjedliśmy całe przygotowane w Polsce jedzenie i wypiliśmy wszystko, co było do wypicia. Wielokrotnie przemokliśmy do suchej nitki. Na szczęście pojawiały się wtedy kibelki.
Ogólnie wyprawa w miarę się udała, należy oczywiście zaznaczyć, że udała się biorąc pod uwagę warunki pogodowe. Gdyby lato było latem a nie jesienią, wyjazd przebiegałby zupełnie inaczej.
Ze sprzętem nie było problemu. Chyba po raz pierwszy nie miałem problemu z siodełkiem. Brooks podczas deszczów szybko dopasował się do mojego tyłka. Przerzutka w piaście Rohloffa jest klasą samą w sobie. Nigdy jeszcze tak dobrze mi się nie podjeżdżało pod ostre wzniesienia. Hamulce też działały bez zarzutu. Jedynie to opona Schwalbe Marahton XR dziwnie się wybuliła. A była to nowa opona. Być może temperatura przy zjazdach była za wysoka i opona przegrzała się od obręczy. Tylne koło lekko się przycentrowało, ale poradziłem sobie z tym niewielkim problemem.
Namiot VauDe Space Explorer nie przemókł, maty thermaresta dawały poczucie łóżka.
Sakwy Ortlieb nigdy mnie nie zawiodły, także i teraz. Żaden deszcz nie był w stanie im zaszkodzić. Norwegia jest pięknym krajem, który warto zwiedzać. Ja zapewne kiedyś jeszcze ją odwiedzę. Teraz zacząłem planować następną wyprawę w strony o nieco pewniejszej pogodzie. Dokąd pojadę, okaże się niebawem. Mam ochotę spędzić moje 38 urodziny w jakimś cieplejszym miejscu. Może Afryka? Może Azja? Poxźiwjom uwidim.

Grzegorz Baltazar Kajdrowicz

 

PS. 15.02.2008

Dziś mogę już powiedzieć, że 1 marca lecimy do Maroka. Może tam będzie mniej deszczu :)



Panoramy norweskie